Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lukai. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

jeden wybór DZIEWIĘTNAŚCIE opcji

A/N: Witam! Nie wiem od czego mam zacząć po takim czasie... Na pewno dziękuje Wam, że ciągle o mnie pamiętacie, bo nie jednokrotnie czytałam takie ciepłe komentarze, że aż ciężko się nie uśmiechać. Tak jak kiedyś pisałam, nie zostawię nigdy nic co nie ma końca (nawet tego umownego) wiec kto uwierzył mi na słowo mam nadzieje, że czekał na ten rozdział. Sama nie wiem czemu przeciągałam dodanie Casso do końca. Myślałam nawet o tym, żeby przestać marnować czas w ogóle na pisanie, skoro nie idzie mi to dość dobrze. Załatwiłam się jednak własną bronią, bo zawsze każdemu z autorów którzy próbowali odpuścić sobie pisanie powtarzałam, że i tak prędzej czy później do niego wrócą. To dość proste, w końcu każdy autor pisząc jakaś historie oprócz własnej żyje tez jeszcze ta, która sam tworzy. Nie tak łatwo rezygnuje się z pisania, bo to tak jakby rezygnować z życia. Może to za duże słowa, ale wydaje mi się ze do wielu autorów których znam pasują. 
Tak więc... nie jestem zachwycona tym rozdziałem, bo trochę trudno było mi przelać na papier to co widziałam w wyobraźni. Trochę tez więcej tu melancholii, ale poniekąd wpisałam tu to, o co chodziło mi w całym Casso. Trochę psychologi... 
No i jeszcze tylko epilog i skończę cała serię, ale i tak szykuje coś dalej - w końcu do każdego zakończenia można coś dopisać.



            Przez dłuższy czas nie padło ani jedno słowo. Ten moment ich nie wymagał. Cisza, nawet jeśli nieufna, dawała więcej nadziei i nawet ona uginała się pod napięciem tej chwili. Kris nie odrywał wzroku od stojącego przed nim Tao. Ciężko byłoby opisać co tliło się w jego oczach, ale na pewno na pierwszym planie był tam ból. W końcu walczył sam ze sobą. Ani jedno z nich nie chciało strzelić, ale z obawy, że drugie to zrobi, trzymali wymierzony w przeciwnika pistolet. Z tej pułapki miała się wydostać tylko jedna osoba. Musieli wybrać lub wywalczyć kto stąd wyjdzie. Kris czuł, że jego serce zaraz rozbije mu klatkę piersiową od tych mieszanych emocji. Ręce drżały, trzymając broń z mniejszą siłą. Palce były tak słabe, że nie mógłby nawet nacisnąć spustu. Czuł się okropnie, przez sam fakt, że celuje w Tao.
            Brunet przygryzł dolną wargę, zaciskając ją mocno. Odwrócił głowę, czując, że do jego oczu napływają łzy. Ta słabość... Próbował ją zniszczyć ale chyba tak naprawdę tylko ją ukrył. Yifan zawsze był jego słabością. Widział twarz blondyna przed sobą, przypominając sobie jak bliski był to dla niego widok, kiedy odtwarzał go w myślach wielokrotnie. Szczególnie usta. Zawsze chciał czuć ich dotyk na swoich. Pragnął być dla niego ważny, a teraz gdy czuł, że jego marzenie jest bliskie spełnienia, miał sam zadecydować czy przeżyć, czy dać żyć swojej miłości. Niestety ani jedno z tych wyjść nie łączyło ich razem. Zawsze uważał, że największą wartością jaką ma jest właśnie życie. Śmierć dla Tao była jak przegranie walki. Zawsze robił wszystko, żeby przetrwać, co wbrew pozorom podczas jego żywotu było trudną sztuką. Nie bał się poświęcić w tym celu innych, ale nie mógł oddać za nic Krisa. Do jego oczu zaczęły napływać łzy, przez które nie mógł nawet nakierować lufy pistoletu na swój cel. Skoro okazało się to całkiem bezowocną próbą, opuścił bezsilnie ręce łkając przy tym żałośnie.
            - Nie umiem zrobić ci krzywdy, Kris - wyrzucił, nie mając odwagi podnieść na niego wzroku. Sam fakt, że Wu nadal w niego celował, sprawiał, że jego serce pękało na pół. Może dla niego... To nie jest takie trudne. Przez myśli Tao przeszła nawet myśl, że może zginać z ręki Yifana. Czuł jednak spokój nawet z tą myślą. To, że się mylił szybko okazało się wyraźne.
            Kris również opuścił broń i podbiegł do Tao. Ścisnął go w swoich ramionach, bez niepewności i strachu, chociaż nie wiedział, czy to nie pułapka i czy teraz nie poczuje lufy pistoletu przy swojej skroni, albo na plecach. Nie obchodziło go to. Jego Tao nie zrobiłby tego. Nie teraz, kiedy wybrali tak samo i musieli odrzucić swoje etykietki, przypisane na ziemi, które stawiały ich po przeciwnych stronach ringu. Potrafili zostawić przeszłość za sobą i wszelkie urazy puścić w niepamięć, dopiero gdy uświadomili sobie, że to ich ostatnia szansa. Tao wtulił się w tors wyższego od siebie Krisa, zaciskając dłonie za jego plecami, na materiale jego białego garnituru.
            - Wiem... - wyszeptał Yifan, obejmując go mocniej, jakby bał się, że teraz zniknie. Słyszał tylko jego płacz, szczery jak płacz dziecka. Oczy i policzki chłopaka były już mokre od łez. Kris również czuł, że bezsilnie zaciskając zęby nie powstrzymuje swoich łez. Przecież nie płakał nawet gdy go stracił.
            - Wyjdziemy stąd? Razem? - zapytał żałosnym głosem brunet. Wu odsunął się od niego, od razu przenosząc wzrok na jego twarz. Starł łzy z jego policzków, ale natychmiast pojawiały się nowe.
            - Zawsze razem - wyszeptał z uśmiechem, chociaż w nim już nie było nadziei. Nie chciał mu mówić, że najprawdopodobniej ta zasada nie jest do przeskoczenia, tutaj nie obowiązywały ich ludzkie, całkiem odmienne prawa, których przestrzegania strzegła grupka innych ludzi. W takim miejscu jak Casso, zasady były fundamentem. Tao słyszał ten drżący głos Krisa. Doskonale zdawał sobię sprawę z tego, z jakim mówi to smutkiem. Z utęsknieniem i żalem, który przekraczał już rozumiane przez człowieka normy wtulił się mocno w jego ciało. To był ten moment gdy czuł to coś, ale było to tak silne, że nawet nie potrafił tego nazwać. Palce chłopaka zaczęły pełzać od jego barków, do tali, na plecy, biodra, wszędzie z tym swoim zachłannym dotykiem. Bał się, że to ostatni raz kiedy ma go przed sobą, dlatego nie umiał się opanować, czerpiąc z tych chwil garściami.
            Mężczyzna rozejrzał się słysząc znany mu dźwięk. Szuranie czegoś ciężkiego o ziemię przypomniało mu końcowe części jego labiryntu. Kątem oka zauważył, że ściany ostrożnie zaczęły się zwężać. Poruszały się, pozbawiając ich znacznej części przestrzeni. Tao również to zauważył, zaciskając z wściekłością zęby. To były widać metody "nacisku" jakie stosował Jaejoong. Przerażające, ale prawdziwe. Chciał przyspieszyć jakoś ich decyzje.
            Brunet spojrzał w dół na broń, którą rzucił pod swoje stopy, nawet nie pamiętając kiedy ją stracił. W jego głowie otworzyła się rozmowa z Baekhyunem, przed pojedynkiem z demonem zapytał go, co by zrobił, gdyby od niego zależało czyjeś życie. Wtedy... odpowiedziała mu, że to głupota robić coś takiego, żeby ratować czyjeś życie kosztem własnego, chociaż każdy człowiek ma dla siebie kogoś takiego, komu oddałby wszystko i kto jest wart takiej ceny. Każdej ceny. Słuchał wtedy Byuna z lekką zazdrością, bo chciał tak kochać, bez egoizmu i bez rozsądku. Tamten moment uświadomił mu, że on już to czuje, już jest gotowy poświęcić się i całkiem oddać za tą głupotę, która nazywała się miłością. Kiedy objęcia Krisa opuściły go pochylił się po broń, ledwie zauważając ją przez zakryte łzami oczy. Jego palce natychmiast znalazły spust. Ostrożnie nasunął je na niego i nakierował lufę w swoją stronę. Kris w tym czasie podszedł do ruszających się powoli w ich kierunku ścian, które najwidoczniej miały go zmiażdżyć. Chciał je czymś zablokować i zatrzymać, dać im czas. Tao podjął jednak już swoją decyzję. Łkał cicho, patrząc na Krisa, a jego drżący palec stopniowo naciskał spust. Zamknął oczy, zapisując ten obraz w pamięci. Mógł to dla niego zrobić, on powinien stąd wyjść. Zamknął oczy na chwilę a gdy je otworzył Yifan stał już przodem do niego. Zawahał się, a gdy poczuł na sobie przerażony, pełen bólu wzrok Krisa. Wu podszedł do niego. łapiąc go za ramię, przez co lufa pistoletu była skierowana w stronę jego twarzy.
            - Nie odejdziesz beze mnie! - wrzasnął. Tao już nie był w stanie płakać, miał wrażenie, że łzy zamarzły w jego oczach. Ogólnie czuł wokół siebie chłód, może od tych murów, które ich otaczały. To był ich koniec, wiedział to. Ani jeden nie zabije drugiego, bo ani jeden nie umiałby żyć z taką rozłąką. Śmierć była tutaj lepszym wyjściem, niż życie z pustką.
            - Kris... ja cię naprawdę kocham. Tak będzie lepiej, ty jesteś w stanie uratować resztę a ja nie  - odparł spokojnie, monotonnym głosem. Wu nie potrafił już wytrzymać słysząc te słowa.
            - Tak? - mówił przez zaciśnięte zęby. - Kochasz mnie i chcesz zostawić tu samego? Bez ciebie? - warknął i przyłożył broń, którą trzymał chłopak do swojej skroni. - Całkiem w twoim stylu, tchórzu... Tylko dla ciebie tak będzie łatwiej.
            - Więc... odejdźmy stąd razem - wyrzucił. Gdy tylko te słowa padły, nagle zrobiło się cicho. To był... chyba najczarniejszy scenariusz, jaki mógł się wydarzyć, ale dlaczego nawet teraz Kris czuł, że to właściwe. Smutek jaki go wypełniał owszem, odbierał mu rozum, ale nie odbierał uczuć. Tylko tak... tylko tak mógł z nim być. Puścił jego dłoń i również sięgnął po swoją broń. Bez myślenia o konsekwencjach, jakby właśnie się poddali, ale jednak z uśmiechem patrzyli na siebie. Nie myśleli o śmierci, patrzyli na to inaczej. Tak naiwnie, czując wpływ tego narkotyku, który skłaniał ich do różnych szaleństw. Nie żałowali. Znaleźli coś wartościowego, ważniejszego od życia, kruchego jak porcelana, coś, co przyszło za uczestnikami Casso nawet za bramy piekieł.
            Kris trzymając pistolet za chłopakiem w tym czasie ostatni raz, delikatnie musnął jego wargi. Otarł tylko jego usta o swoje. Lufę przyłożył do tyłu jego głowy, stukając się z nim czołem. Brunet zrobił to samo, drżącymi rękami i mniej zdecydowanie.
            - Do zobaczenia... w piekle, Krisuś - wyszeptał, ostatni raz złośliwie się uśmiechając. Blondyn sięgnął do jego drugiej dłoni splatając jego palce ze swoimi.
            - Na trzy - wyrzucił szybko na jednym wydechu. - Jeden...
            - Dwa.
            - Trzy!
            Po tych słowach rozległ się huk, ale ta bitwa nie miała swojego zwycięzcy ani przegranego.


            Przerażająco cicho. Każdy szmer i szum był zbyt głośny. Coś wokół budziło tę groźną atmosferę, bo wyglądało to tak jakby wszystko dookoła czekało na jakiś ważny, przełomowy moment. Powietrze wydawało się być zatrute, po prostu zaczęło być za ciężkie, dlatego każdy oddech Luhana był jak walka o to, żeby w ogóle zaczerpnąć powietrza. Droga od kilkunastu metrów była prosta, więc bez zawahania mógł iść przed siebie, aż do momentu w którym na swojej ścieżce zobaczył ścianę zieleni, odgradzającą go od dalszej wędrówki. Zatrzymał się zszokowany, rozważając zmianę trasy, ale wtedy mocny podmuch wiatru wstrząsnął liśćmi i rozchwiał gałęzie, odsłaniając za nimi jakiś obraz. Lu podszedł do nich i delikatnie rozsunął je palcami. Bez wątpienia właśnie to miejsce było wyjściem, dla którego przeszedł cały ten labirynt.
            „Przekroczenie labiryntu jest jednoznaczne z wyzwaniem Boga do walki” Zrobił krok w tył, przełykając ślinę. Do tej pory oszukiwał sam siebie, że to nie jest możliwe, żeby dostał się tu jako pierwszy. Jego problemem, aż do tego momentu było przejście labiryntu i to na tym problemie skupił się przede wszystkim, nie myśląc o reszcie. Odsuwał od siebie wizję walki z demonem.
            - Nie stresuj się. - Usłyszał rozchodzący się echem, znajomy głos. Zacisnął osłabione stresem dłonie w pięści, czując boleśnie puls w swoich nadgarstkach. To już nie był słaby Luhan. Miał odwagę by postawić swoje życie na szali, jednak nawet jeśli wykonywał pewne kroki do przodu i z zawziętym wyrazem twarzy wyszedł z labiryntu, cały się trząsł, biorąc co jakiś czas głębszy oddech. Tego bezwarunkowego odruchu nie mógł opanować.
            Pomieszczenie będące centrum labiryntu swoim kształtem przypominało wnętrze diamentu, bo właśnie w taki sposób były ustawione ściany, lekko na skos, dodatkowo wszystkie były w jadeitowym kolorze. Cały wystrój sali kojarzył się również z wnętrzem jaskini, bo z gładkich i twardych jak minerały ścian spływały strumienie wody. Nie były wielkie, raczej przypominały krople spływające z szyby w deszczowy dzień. Co jakiś czas osuwając się w dół ostrych kolców nad sufitem i łukowatych zdobień w końcu upadając na podłogę i rozbijając się o nią z pluskiem. Obecny przy tym dźwięk, który roznosił się cichym echem, rozbudzał tą niepokojącą atmosferę. To tylko dźwięki, ale jednak gdy odbijały się echem niosąc ten odgłos po całym pomieszczeniu, okazywały się idealnym akompaniamentem dla demona.
            Wzrok chłopaka natychmiast powędrował w inne miejsce, w stronę kamiennego ołtarza na środku sali, na którym leżał podtrzymywany na złotej podstawie sztylet. Z jakiegoś powodu on stał się jego celem. Wiedział, że musi go zdobyć, aby wygrać, aby w ogóle mieć jakieś szanse.
            Demon natychmiast powiódł wzrokiem w tym samym kierunku.  Uśmiechnął się lekceważąco, po czym ruszył w jego stronę. Każdy krok Jaejoonga również rozbrzmiewał echem po całym pomieszczeniu.
            - Nie sądziłem, że ty przyjdziesz tutaj jako pierwszy – stwierdził spokojnie.
            Lu przełknął ślinę, czując jak oblewa go zimny pot. Na jego karku czy pod grzywką już go czuł, tak jak i ten dreszcz przechodzący mu po plecach. Gdy stał przed demonem miał nieodparte wrażenie, że ktoś za nim jeszcze stoi. Obróciłby się chętnie, ale wolał nie spuszczać Jaejoonga z oczu. Wyobrażał sobie, że gdy demon patrzy w jego stronę za jego plecami rozdziera się przestrzeń i pokazuje się wyrwa do piekieł. Widział też oczami wyobraźni jak długie, czarne szpony sięgają po niego, chcąc go tam wciągnąć, ale nie potrafią go złapać. Dopiero gdyby się obróci, Jaejoong pchnąłby go w ich objęcia, a one zabrałyby jego ciało na dno, szarpiąc do siebie. Jedyną drogą jaką mógł w tej sytuacji wybrać było iście przed siebie, wprost w ręce diabła.
            - Nie martw się. Dla ciebie będę delikatny, Lu. Stawia mnie to w niekorzystnej sytuacji, że znowu muszę walczyć z kimś o wiele słabszym od siebie – wyrzucił Kim z uśmiechem.
            Blondyn nic nie odpowiedział i odsunął bardziej od siebie dłoń, rozchylając palce. Patrząc na Jaejoonga, wsłuchiwał się w stukot metalu, odbijający się echem. W tamtym momencie sztylet przeciął powietrze, aby ostatecznie ułożyć się rękojeścią w jego dłoni. Tak jak trenował, dość sprawnie użył swojej mocy.
            Jaejoong uśmiechnął się, stając już przed uzbrojonym Luhanem.
            - Tego się spodziewałem po jednym z Morderców. - Lu słysząc to, otworzył szerzej oczy i rozchylił lekko usta. - Tak, Lu... – potwierdził Jaejoong, widząc jego zaskoczenie. - Jesteś jednym z Morderców. Nigdy nie byłeś ofiarą. W końcu z twojego powodu... Xiumin chciał szybko uciec. Wiedział, że po tym jak przywróci się fragment twojej pamięci, powiesz w końcu więcej. Też przez ciebie Sehun zabił Suho. Liczył, że zachowa w ten sposób tę tajemnice, ale ostatecznie i on przez ciebie zginął – dokończył spokojnie, jakby tłumaczył mu wszystko jak nauczyciel. - Bez Sądu... Bez brudzenia sobie rąk zabiłeś cztery osoby – wyszeptał, co przez echo rozchodzące się w pomieszczeniu było wypowiedziane jeszcze bardziej przerażającym tonem.
            Luhan zacisnął usta, słuchając dokładnie tego co mówi. Ciężko było mu zrozumieć dlaczego niby jego działania miały sprawić, że oni wszyscy nie żyją. Czy to on był tym złym omenem w Casso i jak "złote jabłko" w świecie greckich bogów doprowadził do upadku uczestników projektu? To nie mogła być prawda, nie mógł być jak Pandora, nie mógł nazywać się "Casso". Nie wszystko było widać tak oczywiste, każdy obraz w tym świecie był niepewny, w wypadku Luhana nawet obraz jego samego. Skoro oni wszyscy to ofiary jego działań i obecności, nadal nie widział jednak powodu, żeby nazwać się Mordercą. Ale czemu to wydawało mu się takie prawdziwe?
            - Skoro nie żyją przeze mnie i jestem Mordercą - szeptał, czując że jego oczy wypełniają łzy. - To chyba i ciebie mogę zabić. - Dumnie trzymał zadartą do góry głowę. Świat taki nie był, nie zgadzał się z tym. Ludzie umierali dla siebie nawzajem i czasem dla czyjegoś dobra robili najgorsze rzeczy, ale to nie świadczyło w oczach Lu o tym, że są źli, ale właśnie, że dla czyjegoś dobra, dla miłości, dla nadziei, dla reszty są w stanie wiele poświęcić. Xiumin wcale nie myślał o swojej "przykrywce", przed śmiercią mówił o swoim bracie. Zrobił coś... co było złe, ale życie nie jest tylko białe i czarne. Wybrał. Wolał zabić kogoś, żeby uratować kogoś innego. Zabić, ale jednak uratować. Zawsze można było powiedzieć, że to była tylko wymówka, można było znaleźć wiele na jego obronę, ale i na jego skazanie. Jednak nawet jeśli demon miał racje, nawet jeśli pojawiała się pokusa, a ceną która trzeba było zapłacić było dokonanie czegoś złego, to czy ludzie byli źli jeśli tą pokusa było czyjeś dobro? To samo odnosiło się nawet do Chena, który myślał, że klucz jest wyjściem. Uważał, że zabicie jednej osoby uwolni cała jedenastkę. Nawet jeśli się pomylił, jeśli źle wszystko odebrał, to czy był zły? Nic w Casso nie było oczywiste i właśnie dlatego Han wiedział, że nie może się poddać i nie może ufać komuś, kto widzi w ludziach tylko zło. Nawet jeśli nie jest nieskazitelny tym bardziej musiał walczyć, żeby odkupić swoje winy, aby spełnić obietnice, którą dał Sehunowi. Dla tych wszystkich, licznych powodów uniósł trzymaną broń, wskazując nią demona. - Skoro jestem Mordercą to masz przed sobą godnego przeciwnika - wyrzucił z poważną miną, na co demon zaśmiał się tylko dźwięcznie.
            - Nie rozkręć się za bardzo - wyrzucił złośliwie. Nie musiał długo czekać na atak Lu, bo chłopak mierząc go wściekłym spojrzeniem sprawił, że grawitacja zaczęła być pod jego wpływem. Ciało mężczyzny uniosło się trochę nad ziemię i z pełnym impetem uderzyło o brzeg kamiennego ołtarza, wgniatając w niego demona. Brunet z opuszczoną głową mocno zacisnął palce na jego krawędzi. Wbił je z całych sił w ten kamień, przez co pojawiły się na nim drobne pęknięcia.
            - Dobrze... - wyszeptał niepokojąco. Nie podnosił jeszcze głowy, uśmiechając się pod nosem. - Bardzo dobrze - dodał. Pełen energii wzrok wymierzył w blondyna naprzeciw. Tym razem on podszedł do niego pewniej. Chłopak starał się bronić tym samym atakiem, ale wcale nie skutkował. Wyglądało to tak jakby demon z jego mocą radził sobie jak z za mocnym wiatrem. Po prostu był bardziej spowolniony i jego ataki wymagały więcej wysiłku, gdy bronił się w międzyczasie. Uniósł drżącą dłoń i wraz z tym gestem, jak na skinienie dyrygenta ciało Luhana uniosło się w górę, prawie pod jadeitowy sufit. Han zacisnął bezsilnie dłonie. Próbował przełamać ten atak, czując na sobie coś jak sznurki które go kontrolowały, ale na marne. Już długo był marionetką, robił to czego inni od niego oczekiwali. To obrzydliwe uczucie kontroli towarzyszące mu całe życie teraz stało się namacalne. Nie mógł wygrać z tą siłą. Czuł, że uścisk jego dłoni w której trzymał broń słabnie, jakby ktoś ją wyrywał z jego palców. Obrócił głowę, patrząc na swoją rękę. Szukał siły, żeby jednak wyłączyć ją spod jego kontroli. Nie był marionetką, już nie, mógł zastać nią tylko dla Sehuna.
            - Po co się bronisz? - zapytał, patrząc na niego w górę. - Czy to nie jest bez sensu? - Zacisnął dłoń, przez co chłopak z hukiem spadł na ziemię.
            Luhan uderzyła o nią całym swoim ciałem, czując przeraźliwy ból przechodzący przez jego ciało. Odebrało mu oddech, oraz w pewnym sensie nawet przez chwilę resztę funkcji życiowych. Wszystkie jego kończyny nawet nie drgnęły, bo poobijane kości sprawiały, że nawet oddech bolał.
            - Po co to wszystko? - zapytał demon, patrząc na niego ze smutkiem, a nawet współczuciem. Wsłuchiwał się w jego zachłanne oddechy, które brzmiały jakby dusił się pobieranym przez siebie powietrzem. Stanął przy nim, pochylając się nad jego ciałem. - Liczysz na cud? - zapytał cicho. - Myślisz... że gdy chcesz zrobić coś szlachetnego nagle będziesz silniejszy? - Przykucnął przy nim i skinął tylko palcem. Przez ten niewielki ruch bezwładne ciało chłopaka obróciło się na plecy, a on usłyszał tylko jak metalowy sztylet uderzał o podłogę.
            Blondyn nie miał już siły, do tego nad sobą poczuł znaczące, pełne rozczarowania westchnienie bruneta. To tyle? Całkiem bezsilny leżał na ziemi z pustym wzrokiem skierowanym w sufit. Nie pierwszy raz czuł taki ból i taki brak nadziei. Tak samo słaby i bezbronny już leżał na wznak, będąc pusty jak lalka bez własnej woli. Naprawdę nadal nic nie osiągnął? Jest tak samo "żałosny"? Z oczu chłopaka zaczęły płynąć łzy. Był kimś innym, lepszym i wartościowym, ciągle przypominał mu o tym właśnie Jongin. Uniósł swoją dłoń, której potłuczone palce sięgały po coś, szukały oparcia na jakimś przedmiocie. Resztkami sił chciał sięgnąć po broń, nawet jeśli w takim stanie w jego rękach była bezużyteczna.
            Jaejoong wstał odsuwając się od niego. Nie widział już nic ciekawego w tej walce, ale kiedy odwrócił się tyłem obok jego głowy świsnęło ostrze tuż przy jego policzku. Jeszcze kilka milimetrów, a przebiłoby jego głowę. Obrócił się, patrząc na Lu, który podpierała się na łokciu, uśmiechając do niego złośliwie. Ostrze na jego rozkaz wróciło znowu celując w to samo miejsce. Jaejoong w ostatniej sekundzie odwrócił głowę, gdy czubek ostrza prawie dotykał jego skóry. Zatrzymał je przed sobą, patrząc chłodnym niezmiennym wzrokiem. - Nieźle - szepnął, po czym odsunął się gwałtownie i gestem ręki machnął tak, żeby ostrze pofrunęło w stronę właściciela.
            Luhan zatrzymał je daleko od siebie z całej siły próbując odwrócić jego tor lotu. Nie miał szans w takim pojedynku jeden na jednego, ale nie było go stać na to, aby się poddać.
            Jaejoong uśmiechnął się z ekscytacją, chociaż nie lubił takich przepychanek. Uniósł drugą dłoń i skinął nią, przez co fragment stalagmitu ukruszył się i spadł w dół. Podwójny atak miał to zakończyć, ale ku niezadowoleniu demona Lu zasłonił się rękami a skała nad nim zatrzymała się w locie. Jaejoong z pełnym impetem zmusił ostrze do gwałtownego lotu, przez co z całej siły wbiło się w głaz, z taką prędkością, że jego kawałki rozbiły się na mniejsze części. Wszystkie krążyły nad głową Lu, który z trudem utrzymywał ich w tym stanie nieważkości. Sztylet nie mając oparcia spadł na podłogę za chłopakiem.
            Blondyn wstał, ciągle pełniąc kontrolę nad kawałkami głazu nad jego głową. Z przerażającym wzrokiem, niemal dorównującym demonom stał na wprost Jaejoonga. Chciał mu tym samym pokazać, że ta walka nie będzie taka łatwa.  Zamknął oczy, przez co kamienie przypominające stos małych meteorytów skierowały się z ogromną prędkością w stronę demona.
            Znowu nie zadały mu żadnych obrażeń. Jaejoong zadbał o to dzięki swoim zdolnościom. Zanim w niego uderzyły rozsypały się, ostatecznie tworząc kupki piasku, który nie był dla niego groźny. Kim otrzepał długi płaszcz z tego pyłu i niechętnie podniósł wzrok na zdeterminowanego Lu.
            - To się zaczyna robić nudne - skomentował Jaejoong. Machnął dłonią i łącznie z tym gestem Luhan poczuł jak jakaś siła chciała pchnąć go do tyłu. Uspokoił się, tak jak uczył go Sehun i patrząc na Jaejoonga odpierał atak. - Nieźle... - wyszeptał demon. Lu nie mógł tylko odpierać ataków i doskonale o tym wiedział. W tym momencie blondyn uniósł dłoń i ściana piasku, który leżał pod stopami demona stanęła między nimi zasłaniając obraz. Wtedy właśnie wykorzystując ten moment metalowe ostrze przeszło przez tą zasłonę swoim podmuchem rozsypując również uniesione w powietrze drobinki piasku. Wycelowane na oślep ostrze przebiło bok demona, z którego natychmiast trysnęła krew.
            Nie spodziewał się tego. Przerażony Jaejoong jednym ruchem dłoni rozsypał wokół otaczający go piasek. Jego dłoń natychmiast dotknęła krwawiącej rany, przez co poczuł jak między jego palcami płynie lepka ciecz. Spojrzał na swój bok i rozdarty materiał który już całkiem mokry przylegał do pokrytej krwią skóry. Tak dawno nie krwawił. Uśmiechnął się pod nosem, czując przeszywający go ból.
            Lu wpatrywał się teraz w podłogę, a dokładnie na to miejsce przy nim przy którym pojedyncze krople bordowej krwi upadały na posadzkę. Zranił poważnie demona, przez co dotarło do niego, że ta walka ma sens.
            - Dobra. Kończymy zabawę - wyrzucił, wycierając swoją zakrwawioną dłoń w materiał płaszcza. Podniósł błyszczące niepokojącym światłem oczy i znowu wyciągnął przed siebie dłoń. Lu próbował się zasłonić, ale tym razem atak był za silny. Czuł jak jakaś niewidzialna moc zaciska dłonie na jego szyi. Od razu stracił oddech, który utknął w jego gardle. Rozchylał żałośnie usta, próbując przez to pobrać trochę tlenu, niczym ryba wyrzucona na brzeg. - Jak mi się znudzisz... przyspieszę twój czas. Chcę jeszcze raz usłyszeć twoje krzyki. Ludzie pożerani przez ogień cudownie wrzeszczą - dodał monotonnym głosem Jaejoong. Lu upadł na kolana widząc jak jego obraz rozmazuje się przed oczami i chwieje jak po zejściu z karuzeli. Chłopak bezsilnie próbował odeprzeć atak swoim, ale ten odwet nie przynosił żadnych efektów. Wściekły Jaejoong podniósł wolną dłonią ubrudzony jego własną krwią sztylet. Podszedł z nim do Luhana wijącego się przed nim z bólu i swoją mocą sprawił, że chłopak wyciągnął przed siebie ręce, odwrócone wewnętrzną stroną w górę. Demon przyłożył ostrze do jego bladej skóry na nadgarstku i przeciął je razem, naprawdę głęboko. Przerażony blondyn patrzył jak jego drżące dłonie zaczynają krwawić. Nie mógł krzyczeć, nie mogąc też łapać powietrza, więc jedynie skulił głowę. To był powoli jego koniec i właśnie to było takie przerażające, a nie towarzyszący temu ból. Jaejoong odrzucił go jeszcze puszczając jego dłonie. Ciało blondyna upadło na ziemie. Zaczął łapać oddech już naprawdę będąc osłabionym. Rany na jego nadgarstkach brudziły podłogę krwią, gdy próbował się z niej podnieść. Wzrok blondyna nagle zaszedł ciemnością. Niczego nie widział, a od zbyt zachłannych wdechów szumiało mu w uszach. Jaejoong podszedł do niego z ostrzem trzymanym w dłoni. Złapał blondyna za  włosy i zbliżył własny policzek do jego. Ostrze przysunął do szyi Lu, zbliżając usta do jego ucha. Wargi demona dotykały go delikatnie, tak jak i metal jego wrażliwej skóry. Czuł, że ostrze jest niebezpiecznie blisko, gdy przełykał ślinę.
            - Poproś, żebym tego nie robił - wyszeptał przy jego uchu.
            Chłopak wiedział, że ze strachu to jedno słowo już ciśnie się na jego usta, ale ostatecznie nie był w stanie nic powiedzieć. Nie mógł już błagać, jeśli miał umrzeć, walcząc z całych swoich sił, to do końca. Nie zdążył nawet nic powiedzieć, bo ostra krawędź sztyletu przecięła skórę jego szyi. Ruch którego początkowo w ogóle nie poczuł.
            - Koniec szansy. - Brunet rzucił Luhanem jak szmacianą lalką. - Przedłużę ci trochę czas... chcę patrzeć jak wijesz się z bólu - dodał bez emocji.
            Chłopak przeniósł swoje zakrwawione dłonie na szyję, z której płynęła krew. Mocno zaciskając palce chciał zatrzymać szybki upływ krwi, ale to nic nie dało. Jak mógł tak szybko przegrać? Słyszał ich już... te głosy, które wołały go z tej piekielnej wyrwy w przestrzeni. Wszystkie nawoływały chórem, próbując zagłuszyć strzelanie ognia. Tylko jeden mówił co innego. Najcichszy z nich prosił, żeby walczył, do tego wołał go po imieniu, mówiąc je tak delikatnie, jakby było jego modlitwą. Słyszał w tym głosie tą troskę, przez co zrozumiał, że to musiał być Sehun. Zamknął zapłakane oczy, gdy Jejoong stanął nad nim, patrząc na jego wzrok i oczy, które błyszczały jeszcze życiem.
            - Powinienem chyba pokazać, że jestem bardziej humanitarny - stwierdził demon i uniósł ostrze, z zamiarem wbicia go w klatkę piersiową chłopaka, prosto w bijące serce, gdy na swojej dłoni poczuł uścisk. Wściekły Kai z całej swojej siły trzymał jego nadgarstek. Spojrzał na Lu czując, że wściekłość i ból przepełnia go do granic możliwości. Jego nogi ugięły się kiedy blondyn spojrzała na niego załzawionymi oczami, trzymając czerwone od krwi dłonie na swojej szyi. Jego Luhan umierał, a on na to pozwolił.
            - Ty dupku... - warknął, gdy demon spojrzał na niego.
            - W rzeczy samej - odpowiedział z uśmiechem Jae, po czym zamachnął się ostrzem, chcąc wycelować nim w Jongina. Okazało się to bezowocną próbą, bo sztylet przeciął tylko powietrze, a Jongin już stał za nim. - Szybki jesteś! - wyrzucił Jaejoong. Sam też już był wycieńczony przez utratę krwi. Jongin pojawiał się znikąd co jakiś czas zjawiając się w nowym miejscu. Szybko przeskakiwał, sprawiając wrażenie, że obraz wokół jest poucinany, jakby oko nie zdążyło dostrzec momentu w którym się przenosi. Stanął twarzą w twarz z Jaejoongiem, kiedy ten się tego najmniej spodziewał. Wymierzył cios w twarz demona, a ten próbując się osłonić podniósł ręce. Jego sztylet upadł na ziemię. Jongin zauważył to tak samo jak Jae. Szybkość to było coś co kochał, dawała mu wolność i to właśnie ona miała pomóc mu zwyciężyć. Sięgnął po broń zjawiając się obok niej, ale demon wykorzystał to i siłą własnej woli pchnął chłopaka tak, że ogromna siła również wbiła go w ołtarz. Jongin oparł się o niego i nie zdążył nawet uchronić się od kolejnego ataku, który wbił go w niego mocniej. Miał jednak większą przewagę nad Jaejoongiem, bo umiał zniknąć i pojawić się gdzie indziej. Mignął mu, tworząc niewyraźny obraz, po czym jak wyłoniony z mgły znowu stanął przed nim z zadziornym uśmieszkiem, pełnym kpiny. Musiał się śpieszyć, bo w końcu to on miał przewagę nad Jaejoongiem, ale to mogło nie trwać długo.
            - Jongin? - wyrzucił zaskoczony demon, jakby nie poznawał właściciela tego imienia. - Nie poznaje cię - dodał jeszcze szczerszym tonem. - Zachowujesz się tak, jakbyś miał o co walczyć, jakby... Na czymś ci zależało - zadrwił, blokując każde jego uderzenie. Brunet w ogóle go nie słuchał. Miał o co walczyć, nadal miał, bo jeśli zdążyłby zabić demona, uratowałby Lu. Wróciłby na ziemie razem z nim, z dala od Casso i z dala od tego piekła. Teraz jednak mógł tylko patrzeć jak wraz z krwią uchodzi z niego życie. Gdy tylko jego wzrok zabłądził w tamtym kierunku, mocna sił uderzyła w jego ciało tak, że jak poniżony przez grawitację upadł na kolana przed Jaejoongiem. Wszystko co obiecał i co zrobił sprowadzało się do tego momentu. Znowu zniknął i stanął za nim.
            - Mam o co walczyć - wyrzucił, ściskając dłonie. - Zawszę będę walczyć o to co kocham. Dlatego ludzie cię tak brzydzą, Jaejoong? Demony chcą tylko przetrwać, a tu w Casso widziałeś, że nie tylko o to chodzi ludziom - mówił dalej, co kilka sekund zmieniając swoje miejsce, żeby być nieuchwytnym.
            Jaejoong jęknął cicho, gdy gwałtownie się odwrócił, a jego rana sprawiła mu taki ból, że całe jego ciało przeszyło to uczucie. Ta broń miała w sobie truciznę, w tym stanie naprawdę dla niego niebezpieczną. Ten cios, który zadał mu Luhan był pierwszym gwoździem do trumny.
            - Nawet nie umiesz ochronić tego co kochasz. To mnie brzydzi w ludziach. - Złapał się za bok. - Są słabi... przez to, że na czymś im zależy. Jedno słowo osoby, którą kochają, potrafi ich doprowadzić do ruiny... - Dyszał.
            - Ty też nie obroniłeś tego, którego kochasz - wyrzucił Kai, patrząc z bliska jak wyraz twarzy demona stopniowo się zmienia z pełnego bólu i ekscytacji spojrzenia, w to z którego wylewał się gorzki żal.
            Wściekły Jaejoong uniósł dłoń w górę, a za tym ruchem metal przesunął się po podłodze. Zacisnął usta w wąską linie, rozglądając się szybko, co chwilę patrząc w nowe miejsce w którym był Kai, nie potrafiąc zranić go inaczej po prostu rozcinał na oślep powietrze wokół siebie. Baekhyun był jego największą porażką. Stojąc na placu boju i widząc na nim ślady krwi, przypominał sobie ten przerażający widok, z dnia w którym pozwolił mu odejść. Wtedy krew koloru płatków róży barwiła posadzkę tak intensywnie jak ta należąca do Luhana.
            Lu już z zamkniętymi oczami oddychał, czując się coraz lżej. Pozbywanie się obowiązku wymiany tlenu, myślenia i czucia wprowadzało go w błogi stan śmierci. Coś go jednak trzymało, bo miał powód, żeby walczyć o swoje życie. Nie mógł się poddać gdy jeszcze walczył Kai. Czuł w jego głosie tą determinacje, nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć kiedy na niego spoglądał. Jak uparte słońce, budzące wszystkich co rano i on nie pozwalał zamknąć powiek Luhanowi. Lu jednak i tak miał wrażenie, że spada tam gdzie już nic nie jest ważne. Tym była śmierć.
            - Jongin, doskonale wiesz, że ta twoja szybkość w niczym ci nie pomoże. - Z szaleńczym uśmiechem, coraz szybciej i dynamiczniej zmuszał ostrze do przemieszczania się, aż w końcu jego czubek drasnął Jongina, przecinając nim jego brzuch. Rana nie była szczególnie głęboka, ale natychmiast zaczęła poważnie krwawić. Jaejoong uśmiechnął się dumnie. - Najbardziej naiwny ze wszystkich - zakpił demon. - Przypominasz mi mnie, kiedy żyłem na ziemi - dodał całkiem obojętnie. Sztylet dalej szukał swojej krwawiącej ofiary. Szybko, szybciej, ponad limit. Znowu ta sama adrenalina buzowała w żyłach Jongina, ale tym razem prócz niej czuł jeszcze siłę i motywacje.
            - Lu... nigdy nie będzie twój. Nigdy nie będziecie razem, bo to nie jest wam pisane - wyrzucił, obojętnie rozkładając ręce. Brunet gwałtownie pojawił się jak znikąd i zdążył złapać rękojeść miecza. Coś unieruchomiło demona tak, że nie mógł się ruszyć, aż do momentu gdy przepełniony adrenaliną Jongin zbliżył się do niego.
            - Nie jesteś Bogiem, żeby o tym decydować! - wrzasnął, po czym z trudem wbił sztylet prosto w serce potwora. To uczucie, gdy miażdżył jego kości i brutalnie chciał tym kawałkiem metalu zniszczyć do końca jego martwe serce, było nie do opisania. Nareszcie problem zniknął. Nareszcie mieli być wolni. Oboje w tym momencie to poczuli. I morderca, i ofiara.
            Jongin wiedział, że wraz ze zniszczeniem Jaejoonga będą wolni, przez co dostaną to, za czym tak bardzo tęsknił. Krew demona zbrudziła już jego dłonie, ale on chciał jej więcej, dociskając przedmiot aż do rękojeści sztyletu.
            Jaejoong trzymał jego dłonie mocno, zaczynając oddychać coraz głośniej. Czuł to. Jakaś trucizna błyskawicznie rozchodziła się po jego ciele. Niszczyła je, jak ogień zwykłą kartkę papieru, obracając wszystko w popiół. Już wcześniej... czuł coś podobnego. Jego ciało po prostu wtulało się w ramiona śmierci. I znowu poczuł wolność. Z ziemią pożegnał się z uśmiechem i teraz on również pojawił się na jego twarzy. Czuł jak kajdany powoli pękają na jego nadgarstkach razem z sercem. Wszystko się rozbijało, a do jego ciała wracała ta bezsilność, ta sama ludzka słabość. Słyszał coś nad sobą. Demon spojrzał w górę, upadając na kolana. Usłyszał nad swoją głową trzepot małych skrzydeł. Widział go nad głową. Jaskrawe, błyszczące jasnym światłem motyle skrzydła wspinały się w górę po powietrzu, pokonując je, oddalając się od demona. "Baekhyun." - pomyślał demon, unosząc dłoń do tej świętości. Nie dosięgnął tych skrzydeł. Motyl odfrunął, pojawiając się tylko jak pokusa, nawet teraz będąc nieuchwytnym. Jaejoong z gorzkim uśmiechem upadł bardziej do przodu, podpierając się rękami o ziemię. Wściekły wbił palce w kamienistą posadzkę, a długie pęknięcia jak nitki pajęczyn natychmiast przeszyły ją do jadeitowych ścian, rozrywając na kawałki i je. Rozchodząca się skała zaczęła kruszeć pod wpływem jego mocy, aż w końcu jej fragmenty zaczęły się sypać.
            Pękające kawałki sypały się pod nogi słabego już Jongina. Ostatnie obrażenia zadane przez Jaejoonga sprawiły, że jego nogi były lekko sparaliżowane. Brunet szybko chciał podbiec do Lu, ale mógł tylko próbować biec, czując coś dziwnego. Jego kości wydawały się z minuty na minutę coraz bardziej poobijane, żebra jakby wsuwały się w płuca jak przy ogromnym uderzeniu, a w głowie dudnił mu ból. Jakby właśnie... z czym się zderzył. Sapiąc już z bólu podszedł do Lu i ostrożnie przy nim klęcząc pochylił się nad chłopakiem opierając ręce o jego ramiona. Te piękne, zaszklone łzami oczy spojrzały w jego stronę. Było w nich coś, czego Kai nie potrafił nazwać. Nie odbijało się w nich cierpienie, czy ból i smutek. Jak na lśniącym płótnie widział iskrzące się iskierki radości. Luhan rozchylił usta, ale zaraz zamknął je, wiedząc że nie zdoła nic powiedzieć. Jongin pomimo bólu nie drgnął, nawet jeśli wokół nich stopniowo zaczął sypać się grunt. Jego oczy zaczęły wypełniać się łzami, tak jakby mało ich już wypłynęło. Złapał jego zakrwawioną dłoń i oparł ją o swój policzek, łasząc się i łkając jak dziecko.
            - Nie zamykaj oczu... - błagał przez łzy. - Lu. Proszę... nie chce odejść bez ciebie, przecież... - zaczął, ale gdy przez jego kręgosłup przebiegł ten ból, jakby złamał się w połowie Jongin wstrzymał oddech, wyginając się mimowolnie. - Obiecałem ci, że stąd wyjdziemy! - warknął, zaciskając zęby z bólu. Luhan wziął jego dłoń kładąc sobie ją na brzuchu. Spojrzał z uśmiechem na Jongina, już praktycznie nie czując bólu, tylko senność. Jego obraz już się urywał, jakby topniał w oczach. Zmarnowała tyle czasu, nie umiejąc nazwać odpowiednio osoby, którą kocha. Przyjaciel, jego siła, jego nadzieja, jego miłość, jego wiara, jego powód by zawsze walczyć - Kai.
            Koniuszkiem palca nakreślił na jego skórze jedno słowo, przymykając już zmęczone powieki. Nie umiał już się przeciwstawiać tym głosom wołającym go do siebie i tym szponą ściągającym go w dół. Jego palec zatrzymał się już przy ostatniej literze, niezdarnie naznaczając ślad po słowie "wolność". Kai wtulił się w Luhana gwałtownie. Czym była wolność bez niego? Już nie była tym co kochał.

niedziela, 24 maja 2015

Szept SIEDEMNASTEJ, spadającej gwiazdy

A/N: Witam! Już wstyd pisać, że długo mnie nie było i że przepraszam z tego powodu, bo to już któryś raz. No ale... zrehabilituje się i powiem już oficjalnie, że mam wszystko gotowe (już od kilku miesięcy, ale nie miałam jak dodać) i wzięłam się za dodatki, które kiedyś już obiecałam (też mam je prawie wszystkie gotowe). Będzie ich dwanaście i niestety nie będą długie, ale każdy będzie dotyczył jakieś pary, albo kogoś z Casso i ich przyszłości, albo przeszłości po tym opowiadaniu. Mam nadzieje, że wam się spodoba. + Co do reszty ff aktywnie zabrałam się za skończenie ALBUMU EXO i jestem zadowolona fabułami, które znacznie zmieniłam. Też powinny się w najbliższym czasie pojawić. 
Mam nadzieje, że się tu nie wygłuszyło. Gdyby nie to, że czytam komentarze w których piszecie, że czekacie nie wiem czy jeszcze byłabym na tym blogu. To naprawdę mnie nakręca i nie jestem w stanie zostawić pisania właśnie z tego powodu. Dziękuje wam za to. :3 Jak szybko pojawi się w ogóle jakaś odpowiedź na tą notkę z waszej strony, to od razu dodam kolejny. 



☸


               Kris pospiesznie wszedł z powrotem do sali, gdy już jej próg przekroczył spóźniony Tao. Yifan z ciężkim westchnieniem spojrzał na jego mokre, zmierzwione włosy nawet nie chcąc komentować, że były one dla niego ważniejsze niż zjawienie się w sali o ustalonej porze. Gdy ostatni uczestnik usiadł na miejscu, czyli pomiędzy Lu a Kaiem, Kris spojrzał na nich z uśmiechem. 
               - Co to za miny? - zapytał odruchowo, zauważając że każdy z nich, bez wyjątku wbija nieobecny wzrok w podłogę. - Nie jesteśmy tu po to, żeby się właśnie żegnać - mruknął pod nosem zrezygnowany. Jego wzrok zatrzymał się na Luhanie. Nigdy nie widział takiego wraku człowieka jak Lu w tamtym momencie. Z opuszczoną głową, całkowicie bez światła życia w oczach patrzył w jakiś oddalony punkt. Za to wzrok Jongina co jakiś czas uciekał w jego kierunku, jakby licząc że tamten też na niego spojrzy, ale niestety nie wywołało to takich skutków. - Gdy jest nas teraz tylko czterech musimy zrobić coś zanim Jaejoong....
             - Po co? Pozabija nas jednego po drugim, ewentualnie dla oszczędności wszystkich na raz - wyrzucił spokojnie Tao, nawet nie patrząc na Krisa, który próbował skarcić go wzrokiem. 
              - Słyszeliście kiedyś, że ci co widzą więcej, wiedzą co ich czeka? - mówił dalej Kris, odwracając z pogardą wzrok od bruneta. Jak zwykle oboje mieli całkiem inne zdanie, albo nawet to samo, tylko inaczej starali się ten problem, którego ono dotyczyło, rozwiązać. 
              - Tak? Widzę więcej, widzę jak zginę - wycedził przez zęby Tao.
              - Też to widzę. - Blondyn zmierzył go lodowatym spojrzeniem, które tym razem Huang wyłapał. - Sam cię zaraz zabiję, jak nie przestaniesz wchodzić mi w słowo - dokończył, podnosząc trochę ton głosu. Zaczesał włosy do tyłu, wzdychając ciężko. - Chodzi mi o to, że musimy znaleźć stąd wyjście, jeśli chcemy przeżyć - wrócił pospiesznie do tematu. 
                Luhan na dźwięk tych słów gwałtownie wstał ze swojego miejsca, z zaciśniętymi w pięści dłońmi.
               - Dajmy sobie lepiej z tym spokój, jak masz ciągle powtarzać to samo! - wyrzucił głośno. Tao na widok aż tak zdenerwowanego Luhana uśmiechnął się tylko złośliwie. - Wyjście jest jedno. Nikt nie wróci i wszyscy wiedzieli to od samego początku. Chcecie, to oszukujcie się do końca - dokończył już ciszej i spokojniej, po czym nerwowym krokiem ruszył w stronę drzwi. Otworzył je z hukiem i z podobnym hukiem zamknął je za sobą. Nikt się nie odezwał, Kai całkiem bez emocji spojrzał na drzwi, zostając na swoim miejscu. Normalnie poszedłby za nim z obawy, że Lu może zrobić coś głupiego, ale obiecał sobie - "nic na siłę". Po ich ostatniej kłótni musiał dać mu trochę czasu, nie naciskać, nie przepraszać, skoro nie miał o co. Przestał też szukać sposobów, żeby go zatrzymać, bo gdy ten odchodził od niego tak daleko, że nie potrafił złapać go, by został przy nim. Ściganie go stało się kompletnym bezsensem, bo krok do przodu w wykonaniu Jongina powodował, że Lu cofał się o dwa. Ta ciągła gra czekała tylko na tę chwilę, w której rozwiąże ją czas i wszystko co wcześniej wydawało się bezsensem zacznie układać się w logiczną całość, długą ścieżkę prowadzącą do momentu, który cały czas był tym celem. 
                - Kris, bez urazy... on ma całkowitą rację. Ile czasu szukamy już sposobu, żeby stąd wyjść? - zapytał znudzony Kai. - Każdy przed tobą mówił to samo, ale jak widzisz - Rozłożył szeroko ręce. - Jest nas tu tylko czwórka i wszystkie ich próby okazały się nic nie warte jak i twoje słowa. 
                - Więc co? Usiądźmy i czekajmy? A może lepiej... zabijmy się nawzajem. Taki wiesz... Wielki Finał! - wyrzucił złośliwie dokładnie akcentując ostatnie słowa. Chociaż uśmiechał się odpowiadając Jonginowi to jego oczy kipiały wściekłością, jakby cedziła się z nich czysta złość. 
                - Dobry pomysł - stwierdził Tao z entuzjazmem. - Powtórka, oficerze Wu Yifan? - dodał jeszcze gdy ten na niego spojrzał. 
               - No dobra - odparł zrezygnowany Kai. - Jaki jest twój pomysł geniuszu? 
               - Tym razem to ja wyzwę go na pojedynek. - Tao zaniemówił po raz pierwszy od bardzo dawna. Zacisnął usta w wąską linie, spoglądając na niego obolałym wzrokiem. Zaskoczony Kris nie przestawał go obserwować, czekając tylko na to aż młodszy coś powie. Brunet wstał tylko z miejsca i podszedł do niego powoli. Blondyn nie wycofał się, jakby zatrzymywało go samo jego spojrzeniem. Tao szybko uniósł dłoń i uderzył go gwałtownie w policzek, zaciskając przy tym zęby. Kris nie ruszył się, tylko otworzył szerzej oczy, jakby był zaskoczony tym co stało się dokładnie sekundę wcześniej. 
               - Zapomnij - warknął Tao, patrząc na niego zdenerwowany. Kris odruchowo złapał go za nadgarstek, jakby chcąc przez to powstrzymać kolejne uderzenie. 
               - Nie mamy wyjścia - syknął przez zęby, nieznacznie się nad nim pochylając. - Poza tym nie będę sam, zrobimy to wspólnie - dodał po chwili, spoglądając też na pogrążonego w myślach Kaia, który na dźwięk tych słów odwrócił się gwałtownie. 
               - Co?! 
               - W końcu nie ma w naszym regulaminie zakazu wezwania do walki demona przez więcej niż jedną osobę - wyrzucił spokojnie. 
                - Zapominasz tylko o tym, że to on ustala zasady i może je zmienić kiedy zechce. - Jongin nie czytał w całości wszystkich punktów regulaminu, bo ktoś kto ma nad nimi pełną władzę, wcale nie musiał przejmować się jakimiś prawami, bo wszystkie pochodziły od niego. 
               - To nasze ostatnie wyjście, ale... do was należy decyzja.


☸

               Blondyn odwrócił głowę po raz kolejny zastanawiając się czy aby na pewno Kai w ogóle słucha tego co on mówi. Z ciężkim, ale znaczącym westchnieniem wrócił wzrokiem do swojej półpełnej szklanki soku. Odkąd oboje zaczęli chodzić na uczelnię, nie mieli czasu tak po prostu rozmawiać ze sobą, a co dopiero spędzać razem czas. Luhan naprawdę za tym tęsknił, nawet jeśli jego rozmowy polegały na monologu i musiał się zastanawiać, jak rozmówca naprawdę gdzieś tam wewnątrz reaguje na to co on mówi. 
               - No, ale... skończyło się tak , że zdjąłem wszystkie ciuchy i zacząłem tańczyć na stole. - dodał beznamiętnie, ale po chwili kąciki jego ust uniosły się w złośliwym uśmieszku.
                - Co ? - zapytał głośno Kai, jakby dopiero teraz składając wysłuchaną historię w całość, która nie do końca się zgrywał. Opowieść o ostatnim wykładzie Lu miała już całkiem inne zakończenie niż mógłby się spodziewać. Blondyn otworzył szerzej oczy wreszcie patrząc w jego stronę. Luhan zaśmiał się tylko widząc jego reakcje. 
               -  Żartuje głupku - rzucił śmiejąc się pod nosem. Przysunął się, przytulając nieco głowę do jego ramienia. - Po prostu widzę, że o czymś myślisz - wytłumaczył  się, opierając ciało o niego już całkiem. Ziewnął spokojnie, po czym starł z  kącików oczu nagromadzone tam łzy. Po dłuższej chwili bez odpowiedzi na ten gest podniósł wzrok, nadal przytulając policzek do jego ramienia, unosząc przy tym podbródek. - Coś się stało? - zapytał specjalnie łagodniej, licząc że w końcu czegoś sensownego się dowie. Jongin obrócił głowę i spojrzał z uśmiechem na Lu. Rzadko się uśmiechał, szczególnie tego gestu brakowało na jego twarzy gdy przy danej sytuacji wydawał się być na miejscu. 
              - Czemu zawsze myślisz, że coś się stało? - wyminął jego pytanie własnym, na co Luhan prychnął tylko pod nosem od razu się odsuwając. 
             - Chyba widzę... - mruknął niezadowolony, po czym upił jeszcze łyk napoju. - Coś nie tak w pracy? - zapytał jeszcze raz, nie mogąc znieść tej mrocznej ciszy. 
              - W pracy właśnie coraz lepiej - odpowiedział nawet z wyczuwalną nutą entuzjazmu, przez co Luhan automatycznie się uśmiechnął. Od dwóch miesięcy Jongin pracował w nowym miejscu i przede wszystkim za większe pieniądze. W jego życiu wiele się zmieniło i chłopak ciągle parł do przodu, czemu Lu przyglądał się z dumą. Sam raczej nie miał jeszcze tyle siły, żeby być tak samodzielny. Dużo nad tym myślał i mieszkanie, praca, nauka - połączenie tego wszystkiego i samotna droga w przyszłość bez niczyjego wsparcia to dość trudne, ale dawało wiele wolności, którą Jongin tak cenił.
              - Dogadujesz się tam? - zapytał zainteresowany, szukając powodu tej jego radości. 
              - Można tak powiedzieć. - Podniósł szklankę z drinkiem, co brunet obserwował dokładnie. Przyłożył ją do ust znowu się uśmiechając. - Tak właściwie najlepiej dogaduję się z kierownikiem zmiany - dodał i upił łyk alkoholu.
                  - Serio? Musi cię doceniać - odpowiedział szybko jakby ten entuzjazm mu się udzielił. - Może da ci jakąś podwyżkę i w końcu pojedziemy razem na Bahamy? - zażartował, ale zamiast uśmiechu ze strony Jongina zobaczył tylko zaskoczony wyraz jego twarzy.
               - Czemu akurat Bahamy? - ciągnął dalej temat, pytając śmiertelnie poważnie. Przybliżył się nawet bardziej do niego z taką miną, że można było od razu wywnioskować, że nie potraktował tej wypowiedzi jak żartu.
                - A czemu nie? Dziewczyny tańczące w stanikach z kokosów cię nie cieszą? - Lu żartował dalej z tą iskierką w oku, uśmiechając się pod nosem. Blondyn odsunął tylko od niego wzrok chłodno spoglądając przed siebie. - No co? - zapytał blondyn, zauważając od razu jego dziwaczną reakcje. Znowu słysząc, a właściwie nic nie słysząc otoczony przez ciszę, spojrzał tak samo, bez emocji na bruneta, siadając do niego bokiem. Dźgał go w policzek, bawiąc się całkiem jak znudzone dziecko. Zirytowany Kai złapał w końcu jego dłoń, obracając się. 
              - Mam ugryźć? - zapytał całkiem poważnie. Blondyn otworzył szerzej oczy, gdy tylko Kai tak się do niego zbliżył. Lu patrzył na niego w ten sposób przez dłuższą chwilę nie odrywając wzroku. Dopiero gdy poczuł to ciepłe uczucie na swojej dłoni, płynące od niej aż do rumieniących się policzków, odwrócił gwałtownie głowę. 
               - Nie ignoruj mnie... po prostu - odpowiedział drżącym głosem. 
               - Nie ignoruję. Słucham cię uważnie - odpowiedział szybko, tym samym tonem co zwykle. - Chcesz jutro wpaść do mnie po pracy? - zapytał szybko Jongin, widząc że chłopak nie odpowiada przez dłuższą chwilę i nawet na niego nie patrzy. Jego zarumienione policzki dalej nie wracały do normalności. 
                - Dobra - mruknął cicho, zastanawiając się w duchu czemu jest mu aż tak gorąco. 
             Luhan zacisnął mocniej powieki, po tym gdy obraz sprzed jego oczu zniknął. Obudził się samotnie, wtulając się w poduszkę. Skulił się bardziej, bo jakby przez powracającą świadomość odchodziła od niego ta przytulna niewiedza i błogi stan w którym wszystko było obojętne. Nie umiał jednak uciec przed wspomnieniami. Doganiały go nawet we śnie, więc nawet zamykając umysł te zatajone w jego zakamarkach wspomnienia wyrywały się, aby powrócić na swoje stałe miejsce. 
             Kai. Te ciemne oczy, ten sam głos i przyjemny zapach intensywnych perfum. Lu ciągle miał jego widok przed oczami, jego uśmiech i z jakiegoś powodu czuł ten dziwny uścisk w brzuchu. Nie myślał i nie zastanawiał się czym to było, bo właśnie to „przyjemne uczucie” skupiało całą jego uwagę. Westchnął ciężko, obracając się na drugi bok. Lekko przymrużonymi oczami wodził wzrokiem po pomiętej pościeli na pustym miejscu obok. Materiał tworzył fałdy, a poduszka była pognieciona. Blondyn ułożył na niej delikatnie dłoń, po czym przesunął ostrożnie ją w dół, jakby miała sunąć po czyimś torsie. Niestety zamiast ciepłego ciała i czyjegoś bijącego serca poczuł chłodny dotyk materiału. Chciałby, żeby ktoś tu był. Ten ktoś kogo wtedy i zawsze potrzebował. Czuł to, ale tym razem jego umysł musiał to zrozumieć. 

☸

                Luhan z radosnym uśmiechem podniósł głowę, spoglądając na piękne, mieniące się lodowymi kryształkami gałęzie drzew. Lubił ten widok, może nawet wydawał mu się cenniejszy niż taka sama, mieniąca się podobnie ilość diamentów. Poprawił szalik, po czym przełączył kolejną piosenkę, wsłuchując się w jej melodie. Z jakiegoś powodu ogromnie się ekscytował, a każdy krok do przodu powodował tylko, że to uczucie się nasilało. Miał już swój mały, chytry plan, żeby poczekać na Jongina aż wyjdzie z pracy i razem pójdą do niego do mieszkania. Chciał zrobić mu niespodziankę i był ciekaw jak na to zareaguje. Przeczuwał, że na pewno się ucieszy na jego widok, więc z radosnym uśmiechem zatrzymał się przed budynkiem, stając na lekko ośnieżonych schodach. Poprawił jeszcze lekko sterczące w każdą stronę, niesforne kosmyki włosów i otulił się szczelnie szalikiem, nie wiedząc ile dokładnie będzie musiał czekać. 
              Kolejne minuty mijały, a każda z nich wydawała się dłuższa, jakby do tych sześćdziesięciu sekund ktoś doliczał ich więcej, albo nagle każda z nich zaczęła przyjmować wartość większej jednostki czasu - minuty. Luhan nałożył na głowę kaptur, czując już, że jego policzki niemal zastygły od mrozu. Obrócił się, słysząc rozmowy za sobą. Za szklanymi drzwiami zobaczył grupkę chłopaków. Nie dostrzegł wśród nich początkowo Jongina, ale gdy kilku wyszło z budynku, odsłaniając mu więcej obrazu Lu natychmiast wyłapał wzrokiem znajomą twarz Jongina. Nie był sam, stał z jakimś wysokim mężczyzną o włosach niedużo jaśniejszych od niego. Najbardziej w oczy Lu rzucał się fakt, że Kai się uśmiechał. Naprawdę wyglądał na zadowolonego. Po chwili ten wyższy chłopak podszedł do niego i złapał go w pasie, przyciągając do siebie. Kai najpierw wydawał się zaskoczony, ale zaraz się uśmiechnął. Gorzej zareagował na to oglądający to zza drzwi Luhan. Poczuł przenikającą do niego znikąd złość. I to ogromną. Zacisnął dłonie w pięści, po czym bez zastanowienia ruszył w drogę powrotną. Wszystko robił automatycznie, nie wiedząc nawet czemu czuje się tak podle. Coś pozbawiło go w sekundzie radości, a on nawet nie połączył faktów. Zdenerwowany szedł szybkim krokiem, tym samym parkiem którym tu przyszedł, jednak już nie z tak dobrym humorem. Po kilku sekundach tego marszu usłyszał swój dzwonek telefonu. Wyciągnął go niechętnie z kieszeni płaszcza i spojrzał ze złością na wyświetlacz, na którym pokazało się zdjęcie Kaia. "Czemu on w ogóle dzwoni?" - zapytał sam siebie, po czym odrzucił połączenie, przypominając sobie jak przyjaciel obściskuje się z tamtym facetem. Po chwili zatrzymał się gwałtownie, jakby w tej minucie coś stało się dla niego oczywiste. Nie miał prawa tak reagować. Po prostu kompletnie nie rozumiał swojej reakcji i tego dziwnego odczucia złości. Przygryzł wargę oddychając głębiej, po czym ponownie wyciągnął telefon z kieszeni. Wybrał ostatni numer i czekał aż Kai odbierze, wsłuchując się w monotonny dźwięk sygnału połączenia. 
                 - Czemu dzwoniłeś? - zapytał ze złością w głosie Lu, nawet nie witając się z nim tak jak robił to wcześniej, przy każdej ich rozmowie. 
                - Zapomniałeś? Mieliśmy dzisiaj spotkać się u mnie - wyrzucił zaskoczony dopiero po chwili, zastanawiając się jak ma zareagować na ten chłodny ton Lu. 
               - Nie zapomniałem - burknął blondyn, ruszając jeszcze szybciej przed siebie. - Już nie mam czasu, ani humoru, ani ochoty...
              - Zobaczyć się ze mną? - dokończył za Luhana spokojnie. Z jakiegoś powodu ta oddzywka zdenerwowała Lu jeszcze bardziej. Oddychał głęboko, próbując z każdym kolejnym wdechem ugasić to gorące uczucie w płucach, ale było tylko gorzej.
               - Tak. Nie chcę się z tobą widzieć - burknął i rozłączył się zdenerwowany. Chociaż to były jego własne słowa, to fakt, że w złości je wypowiedział bolał go może i nawet bardziej niż Kaia. Był zazdrosny i już nie znosił tego niszczącego uczucia. 

☸

               Strach, który wzbudził się w każdym z ocalałych na słowo "zebranie" był jak ostatni cios, zabijający wszystkie gnijące już nadzieje. Nie było zbrodni, więc jedyna możliwość jaka została w ich głowach to zakończenie projektu. Wszyscy już dawno stracili nadzieję, że odejdą stąd inaczej niż reszta, nie posiadali już nawet tej naiwności, żeby wierzyć w łaskawość demona. Jedyna osoba, która mogła liczyć kiedykolwiek na empatie Jaejoonga nie żyła, więc już brakowało im karty przetargowej. Każdy już widział oczami wyobraźni jak demon nagle zjawia się przy nich, żeby zakończyć to, co kiedyś go bawiło. Kurtyna musiała opaść i właśnie to zebranie przepowiadało zakończenie przedstawienia. 
               Ogromne drzwi otworzyły się po raz ostatni, a ta świadomość, że widzi się coś po raz ostatni sprawiała, że wzrok chciał zapisać w odmętach pamięci jak najwięcej szczegółów. Dlatego zdenerwowany Jongin zmierzał w stronę sali dostrzegając każdy emblemat i ozdobę będącą w zasięgu wzroku, od pozłacanych, lwich głów, które zdobiły grube drzwi, aż po pęknięcie płyty w marmurowej posadzce, jakby jej fragment był ukruszony. Z wszystkim już chciał się pożegnać, pokornie idąc za tłumem, ale tylko z jedną osobą nie umiał się rozstać. Idący przed nim przodem Luhan jako jedyny uśmiechał się szeroko, jakby dostrzegał w tej sytuacji coś pozytywnego. Tak właśnie było, bo nie myślał o tym jaki będzie koniec, ale cieszył się, że on nareszcie nadejdzie. Chociaż była to dość demotywująca prawda, to jednak nie potrafił jej zmienić. W porównaniu z Jonginem nie martwił się już niczym, przyjął to co go w jego mniemaniu czeka z pokorą i odwagą taką z jaką wcześniej zrobił to Sehun. Rozumiał wtedy jak lekkie towarzyszyło mu uczucie gdy zmierzał prosto w stronę demona, który miał zwrócić im wolność, nawet jeśli na swój sposób. 
               Gdy tylko przekroczyli próg sali, stawiając pierwsze kroki w tę ciemność, od razu usłyszeli szczęk ognia, który nagle zapłonął przy wysokich filarach z dużych, ozdobnych lamp, najprawdopodobniej wypełnionych naftą. Tak jak i pierwszego dnia bladoniebieskie, to turkusowe języki mieszały się z bielą i wyciągały w górę swoje szczerbate kolce. To ponure, bijące od nich światło, rozświetlało salę. Po raz pierwszy zza okien nie padała ani jedna łuna światła, zastygłe za horyzontem słońce w końcu całkiem zniknęło, jakby już za murami zamku nie było nic. Kris od razu dostrzegł tą ponurą zmianę, zastanawiając się czy aby demon już nie zadecydował o ich końcu, a teraz po prostu zwołał ich starając się nie wzbudzić paniki. Kiedyś możliwe, że żaden z nich nie przyszedłby do niego tak pokornie, na pewno baliby się przekroczyć próg tej sali. Tak było kiedyś, ale teraz ta obojętność i beznadzieja wypełniała ich całkiem. 
              Yifan obrócił się w bok, od razu, gdy dwa największe znicze zapłonęły z charakterystycznym dźwiękiem. Ich blask, lodowatobiały z błękitną nutką rozświetlił twarz demona. Jej wyraz przez to wydawał się jeszcze chłodniejszy, nawet w oczach obudził się ten niepokojący blask.
               - Nie sądziłem, że zjawicie się tu tak liczną grupą – zakpił, kończąc zdanie z dumnym uśmieszkiem. Założył nogę za nogę i oparł głowę o dłoń, którą trzymał na wąskim oparciu krzesła. Ciemne włosy chłopaka nie były jak zwykle perfekcyjnie ułożone, tym razem ich niesforne kosmyki sterczały w każdą stronę, jakby były specjalnie postrzępione i takie właśnie sprawiały wrażenie. Pasowały do żywych jak na demona oczu i standardowego uśmieszku. - Zostaniecie dziś sam na sam ze mną – wyszeptał prostując się i całkiem opierając plecy o oparcie. Jego luźno rozpięta zaledwie o dwa guziki, ciemno bordowa koszula odsłaniała trochę jego torsu. - Cieszycie się? - zapytał a w odpowiedzi otrzymał jedynie głuchą ciszę. To właśnie przez nią jego głos miał taki mroczny wydźwięk i atmosfera stawała się bardziej upiorna. Nikt nie miał odwagi się odezwać z goryczą i poniekąd odwagą patrząc na Jaejoonga. Mieli jedno zdanie - byli już gotowi na wszystko. 
             Demon skupił swój wzrok na jednej z osób przed sobą. Jego oczy po prostu niezmiennie były skierowane właśnie w jego stronę. Kai był pochłonięty swoimi myślami, bólem przez to, że znowu nie zdążył osiągnąć tego czego pragnął. Nie podnosił wzroku, bojąc się, że znowu zobaczy Luhana, tak blisko, na wyciągnięcie dłoni, a jednak i tak nie będzie miał prawa go dotknąć, nawet jeśli to byłby ostatni raz. Wszystkie te uczucia jak nigdy było po nim widać, najbardziej właśnie po wzroku. Jaejoong upajał się tym widokiem jak generał na wojnie obserwując upadek ostatniego bastionu wroga. 
             - Kim Jongin! - powiedział spokojnym tonem, chociaż w tej istnej ciszy tak niewielki dźwięk nabrał mocy. Chłopak podniósł niechętnie głowę z odrazą spoglądając na demona. Czuł się tak jakby został wezwany do tablicy, ale tutaj strach był większy, albo i nawet bardziej wypełniający go tą myślą o przegranej. Bierność, apatia i niemoc – to wszystko sprawiło, że bez większego zastanowienia, bez ceremonialnie podszedł do niewielkiego podestu. Zrobił kilka kroków, ale z jakiegoś powodu nie myślał, że idzie na śmierć, tylko do jego głowy wpadła myśl w ogóle nie związana z jego losem. Sam zadawał sobie te pytania. „Ciekawe jakim wzrokiem patrzy na mnie w tej chwili Luhan? Jak się czuje, widząc, że idę do Jaejoonga? Że mogę umrzeć?” Mógłby się odwrócić i odpowiedzieć sobie przez jedno spojrzenie chociaż na część tych pytań, ale nie miał tyle odwagi. Podszedł do bruneta, który błyszczącymi oczami obserwował go dokładnie. To było dość dziwne, intensywne spojrzenie, jakby widział jego emocje, a nawet cieszył się wiedząc, jak bardzo rozdarte ma serce. Ich reakcje w tym momencie były jak wielki finał, spinający klamerką całą tą drogę którą przeszli w Casso. 
             - Nie bój się – wyszeptał gdy Jongin stał przy nim. Dzieliła ich może kilkucentymetrowa odległość, ale wystarczająca, żeby słyszeli każdy swój szept. 
             - Nie mam się czego bać – wyrzucił arogancko Kai, uświadamiając sobie po tych słowach, że jest jedna osoba o którą się boi. Nawet wtedy kiedy już jego życie było mu obojętne, nie był do końca uwolniony od strachu. 
             - Dokładnie. - Brunet zmienił pozycje, siadając wygodniej na krześle. Wyprostował się, spoglądając z dumą na Kaia lekko unosząc głowę. - To ja powinienem bać się ciebie – wyrzucił, kończąc zdanie z uśmieszkiem. 
             - Nie rozumiem...
             - Czy nie obiecałeś mi, że zabijesz mnie swoimi własnymi rękami? - zapytał złośliwie demon. Od razu było widać jak złośliwie przypomina mu o tej obietnicy. Robiąc to, czuł się trochę jak człowiek pochylający się nad mrówką, szepcząc jej, że powinna go zabić, albo jak kot proszący mysz o śmierć. Z ignorancją podchodził do całej tej rozmowy. Bawiło go to jak ludzie szukają jakiś nadziei i szans, uważając, że gdy dadzą szansę przyszłości, to nagle zdobędą moc, która przekuje ich słowa w czyny. Sami niczego niczego nie robili. Nie starali się specjalnie, aby dosięgnąć tych marzeń. Właśnie gdy przypominają sobie o swoich pragnieniach szukają tej siły, dlatego powstała postać taka jak Bóg. To moc, której mogli te próby powierzyć i zrzucić z siebie to brzemię pracy nad sobą i obowiązkami. W jego oczach Jongin nie zrobił nic nowego. Pod wpływem emocji obiecał, że go zabije, ale po śmierci Kyungsoo która tak nim poruszyła było jeszcze wiele ofiar, a on się nie zgłosił. Kolejny „Nieudolny Bohater Wybawiciel”, całkiem jak Chanyeol, do którego Jae czuł taką odrazę. 
              Kai przełknął ślinę, przypominając sobie ten dzień sądu po śmierci Do. Emocje jakie nim targały przez ten czas pewnie w aktualnym stanie jego psychiki byłby mniej intensywne. Przeżył już tak dużo, że każdy kolejny cios, smutek, czy porażka znikały w liczbach kilku cyfrowych, powiększając ich wartość. Wtedy był pewny, że w końcu znajdzie siłę, żeby to zrobić, ale gdy stał przed demonem i już widział jak wygląda walka z nim, zaczął wątpić w swoje szanse. Patrzył na niego chłodno, po prostu milcząc. 
               - Nie martw się – wyrzucił po chwili Jaejoong. - Wezwałem cię, żeby zobaczyć właśnie tą minę. Nie chce walczyć – burknął. - Jesteś za słaby, żeby zawracać sobie tobą głowę. - Odwrócił wzrok z odrazą. - Najpierw pokonaj samego siebie, jak chcesz zmienić moje zdanie – syknął jeszcze, po czym machnął ręką jakby chciał tym gestem pokazać, że może, a nawet powinien odejść. 
              - Ty już przegrałeś sam ze sobą. To nie znaczy, że ja mam pokonać siebie – dodał po czym obrócił się i ruszył z powrotem w na swoje miejsce. Czuł ten sam ogień, nienawiść zjadającą go od środka. Nie odrywał ognistego spojrzenia od Jaejoonga. 
               - Huang Zitao – zawołał imię kolejnego chłopaka. Chciał z każdym z nich porozmawiać i miał swoje motywy, żeby to ronić. Musiał ich przygotować do tego co ich miało czekać. 
             Brunet bez ociągania się i bez stresu ruszył w stronę demona. Idąc w tamtym kierunku zauważył kątem oka, że Kris natychmiast wbił wściekły wzrok w Jaejoonga, jakby chciał mu przekazać, że Tao jest pod jego opieką. 
             - Zawiodłeś mnie – rzucił dość głośno brunet, zanim dumny Tao stanął naprzeciw niego. Chłopak od razu zaczął wpatrywać się w niego z zaskoczeniem wypisanym na twarzy, w ogóle nie mając pojęcia o co mu chodzi. - Myślałem, że jesteś mądrzejszy. Już dawno mógłbyś stąd wyjść z taką mocą jaką masz. Taki „cichy zabójca”. 
             - Ale nie chciałem – przerwał mu szorstko. 
             - Nie chciałeś, czy bałeś się? Który z was jest prawdziwy? Ten Tao, który płacze, chowając się za plecami Krisa, czy ten który „chce opuścić tą norę”? - zacytował go dokładnie. - W sumie... gdyby nie Kris już dawno by cię tu nie było – wyrzucił szybko, oczywiście otrzymując po tym u Tao tą reakcje, którą chciał zobaczyć. Jego ciemne oczy kipiały złością, ale on sam uśmiechał się, a nawet zaśmiał pod nosem, słysząc to co miał do powiedzenia. Doskonale wiedział, że dużo mu zawdzięcza, ale gdy wypominał mu to ktoś inny natychmiast odbierał to jako atak, nawet jeśli to była tylko prowokacja. 
             - Co ma do tego Kris? - zapytał od razu. 
             - Zawiodłeś mnie, bo kiedyś się od niego udało ci uwolnić. Byłeś silniejszy, a teraz jesteś taki sam jak kiedyś. Naiwny i słaby. Nie chciałem takiej osoby w Casso – mówił dalej, ale teraz już półszeptem. 
             - Nawet jeśli, to po co mi to mówisz? - zapytał już zdenerwowany Tao. Te słowa były prawdą. Obiecał sobie kiedyś, że nigdy nie da się ponownie zawieść Krisowi, ale i tak znowu uwierzył w jego słowa. 
             - Dla twojej informacji. Jakbyś chciał zmienić moje zdanie – dodał obojętnie, albo raczej chciał, żeby tak to wyglądało. 
             - Nie chcę – prychnął Hyuang odwracając się. - Nie obchodzi mnie twoje zdanie. 
             - Wu Yifan – zawołał demon, w końcu natrafiając wzrokiem na ciągle wpatrującego się w niego Krisa. Chłopak ominął Tao bez słowa idąc do Jaejoonga z równie sporą ciekawością. 
             - Kris... myślałem, że ciebie nie zobaczę na końcu – wyrzucił spokojnie. 
             - Po co te rozmowy z każdym z osobna? - wyminął jego pytanie własnym oczekując konkretnej odpowiedzi. 
             - To taka odprawa – odparł, uśmiechając się. - Nie bądź taki konsekwentny – mruknął. - Nie wszystko co robię musi mieć jakieś szczególne znaczenie. 
             - Nie musi, ale ma. 
             - Widzę, że dalej arogancki z ciebie dupek – dodał z uznaniem. - Większy ode mnie. - Kris nie odpowiadał na tą „pochwałę” ze strony demona, dalej szukając w jego mimice twarzy, czy gestach czegoś co przypominałoby motyw. 
             - Coś jeszcze? - zapytał dość uprzejmie co tylko sprawiło, że to zdanie zabrzmiało bardziej złośliwie. 
             - Tak. Muszę ci przyznać, że spodziewałem się z twojego pobytu w „Casso” czegoś więcej. Nie wybierałem idioty, który nic nie zauważa, a teraz... taki przede mną stoi. 
             - Czego niby nie zauważyłem? - zmrużył lekko oczy w dalszym ciągu patrząc na niego pełnym złości wzrokiem. 
              - Nie zauważyłeś, że Tao tylko czeka na moment, żeby się ciebie pozbyć – dokończył Jaejoong dość spokojnie. Odruchowo zerknął na Tao z daleka, po czym z uśmiechem wrócił wzrokiem do Yifana. Kris nie odezwał się, nawet na jego twarzy nie było widać żadnej reakcji. - Wiesz jak zmienić moje zdanie. To koniec rozmowy – mruknął demon, dając tym samym do zrozumienia, żeby już odszedł. Zasiał już w nim ziarno niepewności, którego korzenie prędzej czy później miały rozerwać więzy zaufania. 
             - Lu Han – wyrzucił ostatnie imię. Blondyn poczuł, że jego serce zaczyna bić jak oszalałe, uderzając tak, że owo bicie odczuwał nawet w gardle. Skulił się nieco i ruszył ostrożnie w stronę Kima, jakby poruszał się po lodzie. Nieśmiało spojrzał na jego twarz w dalszym ciągu, bojąc się spojrzeć w jego oczy. - Najlepsze zostawiłem na koniec – wyrzucił spokojnie, zerkając na zawstydzoną twarz blondyna. 
              - Czego chcesz? - zapytał szorstko, chociaż nawet gdy próbował „warczeć” brzmiał jak obrażone dziecko. 
              - Widzę... jakąś zmianę w twojej postawie. - Zaśmiał się gdy tylko wypowiedział te słowa. - Nie pyskowałbym tak, jakbym chciał dowiedzieć się czegoś o Sehunie. Jestem w stanie ci go oddać – dodał obojętnie monotonnym głosem, jakby to nic dla niego nie znaczyło, było czymś naprawdę łatwym. Luhan powstrzymywał radość i nadzieje. Uderzał te uczucia, które  się w nim rodziły po tej wiadomości, jakby chciał je poniżyć, upchnąć gdzieś pod rozsądek. To nie mogło być możliwe. 
             - Czego chciałabyś w zamian? - To akurat go interesowało. Zabrzmiał, jakby chciał zawrzeć z nim jakiś kontrakt, do którego podchodził dość niepewnie, chcąc poznać jego warunki. 
             - Nie zawiedź mnie i walcz – dodał, pozwalając sobie nawet na dość przyjazny ton. 
             - Czyli miałbym kogoś zabić? 
             - No tak, mnie. Ale... niekoniecznie. Wystarczy, że przestaniesz zasłaniać się innymi – dokończył, wstając ze swojego miejsca przez co od Lu dzieliło go kilka centymetrów. - Postaraj się zmienić moje zdanie – dokończył. Lu wpatrywał się z przerażeniem w jego ciemne oczy, po czym obrócił się i wrócił na swoje miejsce. Jaejoong uśmiechnął się dumnie. Wydawało mu się, że przez te rozmowy udało mu się rozgrzać w nich to zaśniedziałe uczucie nienawiści. Wystarczyło tylko trochę zatrząsnąć ich obawami, żeby obudził się od razu. Strach tylko miał zdeterminować ich do zrobienia wszystkiego czego demon oczekiwał. Krok po kroku musiały zniknąć wszystkie bariery, społeczne normy i zasady które ich blokowały, aby mogli pokazać swoje prawdziwe, niczym nie skrępowane ludzkie odruchy. 
             - Nie wezwałem was tutaj tylko po to, żeby z wami porozmawiać – wyrzucił spokojnie. - Mam niespodziankę – dodał słodkim głosem, uśmiechnął się uroczo. - Wasz zegar właśnie ruszył. Dzisiaj otrzymacie ostatnią, jedyną szansę, żeby się stąd wydostać. Otrzymacie idealną okazję aby mnie zabić. Będę czekał na końcu labiryntu. Oczywiście otrzymacie broń. To wasza ostatnia gra i możliwe, że moja też. Zasady są podobne, jeśli ktoś mnie zabije, wyjdziecie wszyscy z projektu, ale jednym z waszych największych problemów będziecie wy sami. Sukcesem będzie jeśli w ogóle ukończycie własny labirynt. Gotowi? 

☸

Jongin nałożył na głowę kaptur, po raz ostatni stając na swoim miejscu. Wszystko co właśnie miało się stać miało być walką w ich własnym poplątanym umyśle. Westchnął tylko podnosząc głowę, żeby spojrzeć na zdobione sklepienie sufitu. Wyglądał jakby odbite były na nim wszystkie konstelacje gwiazd. Kai dawno nie widział nieba. Tęsknił już za tym życiem jakie prowadził do tej pory. Prawie zapomniał jak to jest wyjść na ulicę i spotykać codziennie innych ludzi i oglądać nieznajome twarze. Tęsknił za zmianą pogody, za chłodnym deszczem, ciepłymi promieniami słońca, które wschodziło i zachodziło we własnym tempie ustalając samolubnie długość dnia. Tutaj zjadała go rutyna, nawet jeśli to było możliwe. Niestety spowszechniał tu tylko smutek i strach. Reszta innych uczuć była raczej gdzieś poza tymi murami i poza tym światem. Kai nie czuł już stresu, cieszył się, że to koniec. Początek końca. 
Jaejoong wyszedł na środek sali, narzucając wcześniej długi, skórzany płaszcz. Pierwszy raz stanął między swoimi owieczkami i jak jeden z nich zajął miejsce w tym okręgu. Stanął na znaku który już od dawna nie świecił, tym należącym do Baekhyuna. Co dziwne znak od razu się zaświecił, a nawet może zabłyszczał jaśniej niż te pozostałe, na których stali ich właściciele. Demon podniósł dumnie głowę, spoglądając na nich spod przymrużonych powiek. 
- Pasuje ustalić jakieś zasady. Wyjaśnię je wam po prostu – zaczął spokojnie. Tao nawet nie zwrócił na niego uwagi, opuszczając głowę jakby czekał na najgorsze, albo w myślach już układał jakiś plan działania. Kris jako jedyny podniósł głowę, słuchając go uważnie. - 1. Mistrzem Gry pozostaje „Bóg” Sanktuarium. 2. Każdy Gracz posiada swoje własne „piętno”, niezmienne w labiryncie. 3. Labirynt istnieje tylko dzięki wyobraźni Graczy. 4. Z pomocą labiryntu mogą przejąć nad wszystkim kontrolę i manipulować widzianym przez siebie obrazem. 5. Istnieje możliwość zabicia innego gracza. - Kris natychmiast przeniósł swój wzrok na Tao. Zastanawiał się od dłuższego czasu czy słowa Jaejoonga, te, w których przekazał mu, że Huang chce go zabić są prawdą. Nie raz tłumaczył samemu sobie, że gdyby tylko chciał zrobiłby to już dawno, mógł nawet wyzwać go na pojedynek, na nim użyć swojej mocy kontroli czasu i go zniszczyć. Nikt by się nie czepiał. Yifan ostatnio dostrzegał w nim coś, co mógłby nazwać uczuciem. Wydawało mu się, że takim właśnie „większym uczuciem” go darzył, więc zaczynał mu ufać, oddalając całkiem wszystkie obawy i starając się odbudować pomiędzy nimi silną relacje nawet bardziej niż przyjacielską. Niestety te słowa i obawy wróciły po słowach demona. Nawet jeśli były niechciane i Kris doskonale wiedział, że były prowokacją, to nie mógł pozbyć się pytania: „A jeśli?” - 6. Zabójstwo w labiryncie nie podlega karze, ani Sądom. 7. Każdy musi ukończyć swoją własną ścieżkę. 8. Podczas jej przebycia Graczy mogą pokonać ich własne obawy. 9. Zegar rusza wraz z przekroczeniem wejścia labiryntu. 10. Każdy zegar odmierza inny czas, ten który pozostał Graczom. - Tao uśmiechnął się mimowolnie. Wiedział, że może manipulować własnym czasem i akurat jego nawet szybka śmierć nie jest dla niego żadnym zagrożeniem. W tej konkurencji był od innych krok do przodu, więc nie musiał się śpieszyć podczas pokonywania labiryntu. - 11. Każde wyjście z labiryntu prowadzi do „Boga”. 12. Przekroczenie labiryntu jest jednoznaczne z wyzwaniem demona do walki. 13. Podczas gry Bóg posiada moc równą Graczom. - Luhan westchnął głęboko, jakby na dźwięk tych słów urodziła się w nim jakaś nadzieja. Miał niewielkie doświadczenia ze swoją mocą i mógł liczyć jedynie na fart. - 14. Śmierć Gracza podczas walki jest śmiercią ostateczną. 15. Śmierć Boga uwalnia wszystkich pozostałych z projektu „Casso”. 16. Do walki może przystąpić więcej niż jeden z Graczy. 17. Gracze mają możliwość zabicia Boga przy użyciu broni. 18. Nie można wycofać się z gry. To wszystko – wyrecytował niemal z pamięci z całkowitą powagą, jakby właśnie wygłaszał jakiś śmiertelnie ważny kodeks. Demon zmierzył wszystkie twarze zawodników wzrokiem. Zawsze był z kimś podczas realizowania swojego projektu, więc ten brak poklasku ze strony innych demonów nieco go zniechęcał. W końcu żaden z nich nie wiedział jakie to poświęcenie mocy i sił zorganizowanie takiego rytuału. - Jakieś pytania? - zapytał jeszcze rozkładając ręce. 
- Nie. Ale mam ci coś do powiedzenia – wyrzucił Jongin jakby tylko czekał, aż padnie właśnie to pytanie z ust demona. Mężczyzna skinął tylko głową, tym samym pozwalając mu mówić. Jongin uśmiechnął się złośliwie. - Zabije cię, Jaejoong – odpowiedział z dumą. Demon zaśmiał się dźwięcznie. Nie zaskoczyła go ta deklaracja, ale słysząc te słowa znowu obudziła się w nim wola walki. 
- Widzimy się w piekle – odpowiedział jeszcze niższym niż zwykle tonem. To co sami sobie zgotowali, rzeczywiście było piekłem. 

piątek, 20 lutego 2015

SZESNAŚCIE tygodni śmiertelnych żniw


          - Idiota... - szepnął blondyn, patrząc się na chłopaka z bladym uśmiechem. Brunet niemal tarzał się po podłodze ze śmiechu, gdy tylko usłyszał odpowiedź na swoje pytanie. Nie spodziewał się, że to zdanie wyjdzie z ust kogoś takiego jak Luhan. Gdy tylko znaczenie tych słów do niego dotarło, nie potrafił powstrzymać tego śmiechu.
          Blondyn spojrzał na niego chłodno, czując że jego policzki zaczynają się czerwienić. Wcale nie żartował, a reakcja Kaia sprawiła, że poczuł się głupio. Wyprostował się, po czym odchrząknął, jakby dając mu sygnał, żeby się uspokoił. Jongin przykucnął obok, ścierając łzy z kącika oka. Oddychał głębiej, chcąc uspokoić swój głos, ciągle drżący od długiego śmiechu.
          - W takim razie teraz ja zadaje pytanie - odpowiedział władczo blondyn, siadając wygodniej na łóżku. Owinął się kołdrą, podnosząc wzrok gdy poczuł na sobie wyczekujące spojrzenie Kaia. - Więc czego ty się boisz? - zapytał cicho, chociaż o tej porze w najbliższym otoczeniu i tak raczej nie było nikogo, więc każdy dźwięk wydawał się głośny. Sanktuarium od odejścia trójki demonów i dwójki ostatnich graczy naprawdę zaczynało przypominać tym "bez dźwiękiem" kaplice.
          Jongin zamyślił się, ciągle patrząc na splecione dłonie blondyna, które ten trzymał na swoich kolanach.
         - W sumie nie wiem - wyrzucił w końcu, przerywając ciszę. - Czegoś się boje, ale tego nie pamiętam - dodał po sekundzie, chcąc przez to pokazać, że przecież nie jest człowiekiem nieustraszonym. Westchnął ciężko, co automatycznie dawało sygnał, że chciał powiedzieć coś, co od dawna tkwiło w jego głowie. - Chyba boję się tego, że stracę to o czym nie pamiętam i nawet nie będę o tym wiedzieć. - Spokojnie przymknął powieki, starając się skupić myśli. - Gdy czegoś nie pamiętasz, tracisz to sprzed oczu. - Lu też nagle spoważniał, patrząc na niego z lekko rozchylonymi ustami. Kai tak szybko zmienił swój nastrój przez to pytanie, że zaczynał sądzić, iż powiedział coś źle. Przysunął się do niego na tyle, żeby złapać jego dłoń i otulić ją swoimi, patrząc w jego stronę z troską.
          - Kiedyś wszystko sobie przypomnisz - odpowiedział z pełnym przekonaniem. Kai automatycznie się uśmiechnął, bo właściwie już pamiętał, problem był tylko w tym, że Lu nie pamiętał go i nawet nie próbował sobie przypomnieć. Tą osobą, o której mówił, był właśnie blondyn i to jego bałby się stracić, ale powiedzenie mu prawdy, gdy on już jedną miał, nie miało sensu. Nie zamierzał mówić mu tak jak Sehun o tym, co się między nimi stało. Nawet zaczął sądzić, że jego niepamięć, to jego kolejna szansa, aby spróbować zdobyć go jeszcze raz. Musiał mu tylko przypomnieć.
          - A ty nie chciałbyś swoich wspomnień? - zapytał odruchowo, przez chwilę nie patrząc na jego twarz.
          - Nie chcę - Usłyszał szybciej niż sądził. Spojrzał na Luhana, otwierając już usta, aby zapytać o powód. - Chętnie pozbyłbym się tych które już teraz mam. Szkoda, że nie mogę ich tak całkiem, całkiem wymazać, albo... całkiem wymazać Sehuna. Byłoby mi łatwiej - wyrzucił cicho. Nawet jeśli te słowa były dość brutalne, to Lu wypowiedział je takim głosem, że nie można było mu zarzucić, że powiedział coś złego. Budził wiele empatii i to od bardzo dawna. Wystarczyło spojrzeć w te niewinne oczy, a Luhan już zdobywał jakąś przewagę. Kai nieraz zastanawiał się, czy naprawdę można być aż tak niewinnym i naiwnym jak Lu. Przypominał mu dziecko, które naprawdę wymagało czyjeś opieki, ta cecha nie była niczym dobrym, szczególnie ta nieporadność, ale w Luhanie było jeszcze coś, czego nikt nigdy nie potrafił zrozumieć - ta druga osobowość. Wydawała się być na tyle przekonująca, że mógłby stanąć na czele tłumu i właśnie ona czasem sprawiała, że Lu wydawał się przerażający. Miał taką potężną moc manipulacji i możliwe, że gdyby tylko chciał, przekonałby nawet demona do swoich racji.
          - Nie byłoby ci lepiej, gdybyś wszystko sobie przypomniał? Nie wydaje ci się, że jest coś...
          - Nawet jeśli jest coś, to zostało na Ziemi - przerwał mu Luhan trochę szorstkim tonem. - Mam już dość powodów tutaj, by chcieć się za wszelką cenę stąd wydostać. Nie potrzebuję jeszcze nikogo i niczego na ziemi, aby też z tęsknoty za tym chcieć wracać. Zwykle właśnie przez wspomnienia pojawiały się tu morderstwa. - Jongin nie przerywał mu, uważnie słuchając każdego słowa. Lu miał rację. W jego głowie natychmiast pojawiły się twarze osób, które odebrały życie innym. Każda z nich pamiętała, co czeka ich na Ziemi. Nie było wyjątku od tej reguły. Chen nie mógł się powstrzymać od zbrodni tylko dlatego, że nie umiał się pogodzić z tym, co już się skończyło. Xiumin również przypomniał sobie dla kogo żył i ta rozłąka sprawiła, że szukał jakiegokolwiek wyjścia z sytuacji. Jedyne jakie udało mu się znaleźć to niestety to najprostsze.
           - Może i masz rację - wyrzucił obojętnie Kai, wpatrując się w jego oczy uważnie. - Ale gdybyś poznał przez to prawdę o Sehunie?
          - Na pewno nie chciałbym się dowiedzieć, że dwa razy dałem się nabrać temu idiocie. - Luhan przysunął się do niego bliżej, po czym ułożył się na brzuchu, odwrócony twarzą w jego stronę. - A ty czemu tak pytasz? Myślisz, że byłoby ci lepiej, gdybyś pamiętał twarz osoby, która na Ziemi za tobą płacze?
          - Nie sądzę, żeby ktoś taki był. Wszystko co tam miałem, mam tu ze sobą - odpowiedział natychmiast, po prostu wyrzucając wcześniej przygotowaną odpowiedź, którą miał w głowie tylko przez to, że nie raz pytał samego siebie, czy ma po co tam wrócić. Zastanawiał się też nad tym jak zareagowali jego rodzice, dla których był tylko przedmiotem, którego imię czasem wypowiadali podczas kłótni.
          - Ktoś na pewno jest - wyrzucił Lu, po czym na jego twarzy pojawił się charakterystyczny grymas.
         - A ty czemu jesteś taki pewny? - Jongin poprawił włosy, zaczesując je do tyłu. Luhan nagle przybliżył się do niego jeszcze, tak że niemal stykali się ze sobą głowami.
         - Przecież jesteś dobrą osobą, Jongin - szepnął łagodnym głosem. Kai poczuł jak to ciepłe, niemal piekące uczucie wypełnia go całkiem. Nagle oddychało mu się dużo ciężej, ale pierwszy raz to było przyjemne. Odwrócił głowę w jego stronę patrząc na niego nie wyrażającym niczego wzrokiem. Podniósł się na tyle, żeby stanąć na kolanach i oparł dłonie o łóżko. Gdy podparł się o nie, miękki materac lekko się ugiął. Brunet delikatnie pocałował Luhana w czubek głowy, składając ten całus na jego jasnych włosach, przy czym pogłaskał jego policzek.
         - Dziękuję, Lu - wyrzucił cicho, uśmiechając się pod nosem. Blondyn z zaskoczeniem podniósł wzrok, wpatrując się w przyjaciela. Nie sądził, że powiedział coś na tyle miłego, aby Kai tak zareagował. Rozchylił lekko usta chcąc coś powiedzieć, ale gdy Jongin tak na niego patrzył nie przychodziło mu nic do głowy, więc tylko zacisnął wargi, czekając aż ten się odsunie na bezpieczną odległość. Liczył, że jego serce przestanie wtedy tak niekontrolowanie bić.
          Tą niepokojącą dla Lu atmosferę przerwało gwałtowne trzaśnięcie drzwi, nawet niezapowiedziane wcześniejszym pukaniem. Oboje odwrócili się w stronę drzwi, odsuwając się od siebie gwałtownie. Zobaczyli w progu Krisa, który raczej nie przypominał tej spokojnej wersji siebie. Ostatnio miał dużo zmartwień, ale nawet tego nie pokazywał po sobie tak wyraźnie jak wtedy.
          - Chodźcie szybko. Zaraz skończy nam się czas - rzucił przez zęby, od razu po tym odwracając się na pięcie i nerwowym krokiem ponownie ruszył w stronę korytarza. Kai podniósł się gwałtownie, jakby nerwowy nastrój Yifana natychmiast mu się udzielił.
          - Co się stało? - zapytał się zmartwiony na głos, bo przez to chwilowe zamyślenie w ogóle nie zrozumiał Krisa. - Kai! - zawołał zmartwionym głosem, idąc za brunetem. - Coś nie tak? - zapytał ponownie, chociaż już dawno wyciągnął wnioski, to wolał się upewnić, mając gdzieś w głowie nadzieję, że jego podejrzenia się nie sprawdzą.
          - Kolejne morderstwo - powiedział spokojnie Kai. Gdy tylko wypowiedział te słowa, Lu miał to dziwne uczucie, że jego obawy zaczęły materializować się w czyimś głosie. Jednak nie czuł już tego żalu i strachu co kiedyś, mózg był na tyle znieczulony, że przyswajał tą informacje dość płynnie, a nawet z każdą kolejną Lu zaczynał zazdrościć tym, którym nawet tak, ale udało się wyrwać.
           Kai szybko pędził za Yifanem, zastanawiając się w międzyczasie gdzie on może zmierzać, czyli gdzie może być kolejne miejsce zbrodni. Gdy minęli już pokoje uczestników Casso i skręcili w główny korytarz, nie musiał się już zastanawiać, widząc z daleka otwarte na oścież drzwi do sali treningowej. Chociaż mógł to być każdy oprócz Luhana i Krisa, to Kai jakoś natychmiast uświadomił sobie, że kolejną ofiarą może być Sehun. Wizja jego martwego ciała jakoś go uszczęśliwiła, chociaż nie miał zielonego pojęcia dlaczego, po prostu to poczuł. Taką ulgę i chorą radość, że ktoś kto tak bardzo zawinił i tyle namieszał w jego planach po prostu zniknął. Cieszyłby się z czyjeś śmierci. To chore uczucie i ta przerażająca myśl jakoś zniszczyły mu swój własny obraz siebie, a teraz ktoś jest dla niego na tyle niewygodny, że miałby ochotę go zabić, albo chociaż sprawić by zniknął, ale i tak na to samo wychodzi. Gdy tylko idąc za Yifanem przekroczył próg sali pierwszą twarzą którą zobaczył była właśnie ta, którą wyobrażał sobie martwą. Sehun nawet przez sekundę na niego nie patrzył, natychmiast wyszukując za plecami Kaia Luhana. Brunet widząc to spojrzenie, złapał blondyna za dłoń, prowadząc go za sobą i to w takim oddaleniu, na ile pozwalał wąski próg, a następnie ściany. Lu natomiast ledwie włóczył nogami, wbijając wzrok w posadzkę.
          - Spóźniliście się - mruknął jeden z tam obecnych. Kai nie spodziewał się usłyszeć tego przerażającego głosu tak blisko. Przy miejscu wokół którego zebrała się pozostała trójka, klęczał Jaejoong, trzymając w dłoni jakiś złoty zegarek na łańcuszku. Brunet podniósł głowę ze swoim złośliwym uśmieszkiem. Wstał na równe nogi, spoglądając na zebraną przed nim garstkę ludzi tym pewnym siebie uśmiechem. - Trochę po czasie, ale ogłaszam sędziego - wyrzucił szorstko. - Tym razem kolejne obrady rozpocznie i zakończy Oh Sehun - dodał po chwili, dokładnie akcentując jego imię i nazwisko, uśmiechając się złośliwie w jego kierunku. Szatyn spojrzał na niego nieco oszołomiony, po czym zasłonił usta dłonią, bezsilnie, jakby ze łzami w oczach spoglądając na pustą, zakrwawioną posadzkę przed demonem, na której został tylko wypalony znak Suho. To była jedyna namacalna rzecz, jaka pozostawała po każdej z ofiar. Gdy ich czas się skończy, czyli dokładnie te sekundy, minuty, czy godziny, które zostały im do tej pierwszej śmierci na Ziemi, którą Kim jakby przerwał, po prostu znikali. Nie jak duchy, nie jak zwęglony kawałek drewna, rozsypany przez wiatr, tylko nagle, jakby przez sekundę obraz znikał, całkiem, jakby po prostu zapadła kurtyna w teatrze, a gdy się podnosiła ubywało jednego aktora. Bez ciała sprawa się naprawdę komplikowała. Oh wstrzymał oddech, wycofując się nieco do tyłu. Zdenerwowany, czując na sobie spojrzenia każdego z nich, po prostu obrócił się gwałtownie i jeszcze szybciej wyszedł z sali.
         - Wygląda na to, że czeka was kolejne, trudne śledztwo. - Donośny głos demona ponownie rozbrzmiał po sali. Brunet złożył usta w dzióbek i zrobił krok do przodu, znacząco nadeptując na znak Suho. Uśmiechnął się z taką radością jakby właśnie bezcześcił czyjąś mogiłę. Zatoczył czubkiem lśniących butów koło, przejeżdżając też po śladach krwi. - Może ubędzie was jeszcze dwóch, jak tamten dzieciak się pomyli? - zapytał cicho pod nosem, jakby co najmniej wypowiadał życzenie. Ze splecionymi za sobą rękami wykonał jeszcze jeden krok do przodu, po czym obrócił się spoglądając na wszystkich, a jego wzrok zatrzymał się na splecionych dłoniach Lu i Kaia. Uśmiechnął się złośliwie, podnosząc głowę na tyle aby spojrzeć na ich twarze. - Powodzenia - dodał jeszcze niepokojącym tonem.


          Kai odruchowo rozczochrał włosy blondyna widząc, że ten się martwi, jakby ten gest miał być formą pocieszenia. To było dla niego dość frustrujące uczucie, że widział jak tamten się bije się z własnymi myślami, ale on sam może tylko stać z boku. Zmartwienie było jedną z najbardziej zaraźliwych chorób relacji w społeczeństwie, zaraz obok strachu, paniki i uśmiechu, to dlatego Kai z każdą minutą czuł się podobnie do Luhana. Bez słowa usiadł obok, czekając spokojnie na Tao, którego Kris wysłał do Sehuna chwilę wcześniej. Yifan po prostu patrzył znudzony na drzwi które miał tuż przed sobą.
           Sytuacja znacznie się zmieniła, chociaż za tymi murami i tak ciągle ulegała zmianie jak na ogromnym kole fortuny, chociaż ostatnio nie było momentu, żeby przynosiło ono dobrą passę uczestnikom Casso. Ta cisza po śmierci Suho i miliony niewypowiedzianych zdań które każdemu z nich kotłowały się w głowie, sprawiały, że to wszystko wydawało się tylko ciszą przed burzą. Zamiast panikować, opłakiwać jego śmierć, każdy bał się co może przyszykować demon przy tak niedużej liczbie osób. Do tego jeszcze dochodziło to morderstwo, które było kompletną zagadką. Możliwe, że jego sprawca już uciekł z Casso i po prostu był to jeden z demonów, którzy opuścili sanktuarium. Mógł to też być jakiś pomysł Jaejoonga aby po cichu pchać tę grę do przodu, poprzez sabotowanie. Opcji jak zwykle było wiele, ale zawsze zostawała też ta, że morderca mógł kryć się wśród nich, jakby chciał uciec z tonącego statku, na szybko pozbywając się jednego z nich.
          Jongin jeszcze raz ostrożnie wyciągnął dłoń, chcąc przeczesać jasne włosy Luhana, ale gdy tylko je pogłaskał z troską, delikatnie przejechał palcami na jego plecy. Chociaż jego dłoń ledwie ich dotykała, Luhan natychmiast odsunął się przerażony, jakby od tego gestu po jego plecach przeszedł co najmniej prąd. Swój zszokowany, przerażony wzrok od razu skierował na twarz bruneta, który przez tę reakcje sam wyglądał na zaskoczonego. Jongin bez słowa odsunął dłoń, kładąc ją na swoim udzie. Luhan odkąd rozstał się z Sehunem, był całkiem inny. Nie uśmiechał się, bardzo mało mówił, czasem nawet znikał, później tłumacząc się, że chciał pobyć trochę sam. Kai obserwował tylko z boku tą jego zmianę, o nic nie pytając, nie szukając powodów, po prostu liczył, że w końcu Luhan będzie mógł mu powiedzieć, co takiego się wydarzyło. Jongin podejrzewał, że Sehun wyznał mu już swoją największą tajemnicę i to mogło ich tak drastycznie rozdzielić, ale za każdym razem, gdy próbował się zbliżyć i zauważał ten strach w oczach niepokoił się coraz bardziej.
           - Wystraszyłem się - mruknął blondyn pod nosem, patrząc na niego bokiem, nawet w pełni nie odwracając się w jego stronę.
           - Nie martw się, przecież nikt cię nie zabije - mruknął Yifan, spoglądając na Luhana tylko na sekundę, bo później w dalszym ciągu zamyślony wpatrywał się w drzwi, czekając aż się otworzą. Kai pozwolił sobie tego nie komentować, nawet jeśli Tao nie był z nimi od dopiero kilku minut.
            - Kris... myślisz, że tę sprawę da się rozwiązać? - zapytał naprawdę słabym głosem Lu, nie podnosząc nawet głowy. Nagle zrobiło się całkiem cicho, tak że można było usłyszeć ciężki oddech Kaia, który z bólem w oczach patrzył na przygnębionego Luhana. Chociaż blondyn tak chce się odciąć od Sehuna, to jednak myśli o nim całkiem nie może się pozbyć. Za to reakcja Krisa była całkiem inna. Odruchowo spojrzał na Luhana z lekko zmieszanym wyrazem twarzy, bo w końcu myślał teraz też o tym.
           - No... będzie ciężko... bez ciała i bez wiedzy Suho nawet nie mamy połowy informacji - odpowiedział szczerze, ale gdy jeszcze raz spojrzał na Luhana, który tylko bardziej opuścił głowę, od razu szukał w myślach jakiejś nadziei, żeby się nią z nim podzielić. - Ale takie morderstwa też da się rozwiązać, a jest nas za mało, żeby sprawca się ukrył... - uciął, podnosząc szybko głowę, gdy drzwi się otworzyły. Tao wszedł do środka i pospiesznie zamknął je za sobą. Wyraz jego twarzy też był inny niż zwykle, jakby był zdenerwowany, bez tego cynicznego uśmieszku.
           - Nie wiem jak wam to powiedzieć - zatrzymał się i wziął głęboki wdech spoglądając na nich, każdego z osobna. - Sehun stwierdził, że nie zwołuje grupy, bo teraz jest taki moment, że nikomu nie można zaufać.
            - Od początku nikomu nie można ufać - skomentował złośliwym tonem Kai. Gdy tylko usłyszał tę wymówkę, znowu poczuł nienawiść, jednak zniknęła gdy tylko jego wzrok natrafił na zaciśnięte piąstki Lu, które ten trzymał na swoich kolanach.
            - Ale, czyli sam wszystko zbierze? - zapytał szybko Kris, nie ukrywając swojego zaskoczenia. Spodziewał się w końcu, że w tym wypadku on na pewno znajdzie się w grupie przygotowawczej i miałoby go czekać trudne zadanie.
             - W sumie... ma racje. W końcu mordercą mógł być każdy z nas - wydukał Luhan smutno, wstając z miejsca. Z jakiegoś powodu to zdanie ponownie zasiało wśród nich ziarno niepewności, bo sprawcą rzeczywiście mógł być każdy z nich. 



            Sehun westchnął ciężko, całkiem bez emocji spoglądając w lustro przed sobą. Nie rozpoznawał własnej twarzy, dużo bledszej niż zwykle, a do tego jego czerwone wokół oczy nie błyszczały już, jakby były martwe, idealnie pasowały do tego pozbawionego emocji wyrazu twarzy. Czekał całkiem sam w pokoju przygotowawczym, nie myśląc już o niczym, jakby jego zmartwienia jak zaraza zabiły wszystko co było w jego głowie. Czuł tylko ból, ale był tak oszołomiony, że żadna inna emocja nie przedostała się przez tą martwą głuszę.
          Stał, patrząc na samego siebie tylko jeszcze przez chwilę, bo bolało go to co tam widział. Całkiem niedawno również czekał przed tym lustrem, niemal tak samo zdenerwowany jak wcześniej, ale nie był tu sam. Był z nim Luhan, którego tak bardzo bał się stracić, teraz nie miał tego strachu. Przerażało go co innego i wcale nie była to wizja własnej śmierci, ale to, że straci Lu już na zawsze. Nie myślał, że może umrzeć, ale raczej że już nigdy go nie zobaczy, co będzie jedną z konsekwencji tej śmierci. Reszta go nie obchodziła, nawet jeśli był pewien kto jest sprawcą. Ostatni raz spojrzał na siebie w lustrze przez ramię i założył na głowę ciemny kaptur, zmierzając w stronę wyjścia. Wziął głęboki oddech otwierając drzwi, ponownie stając przed tym ciemnym korytarzem. Poddał się tej ciemności, już automatycznie ruszył do przodu, przed siebie na pozbawionych już siły nogach. Nie spał od dawna, nie potrafił zasnąć gdy nie miał go obok, do tego przez to też ciężko było mu się skupić na sprawie. Gdy wtedy wiedział kto jest sprawcą, nagle ta wiedza stała się największym przekleństwem, a bycie sędzią brzemieniem którego tak bardzo chciał się pozbyć. Szedł przed siebie powoli, przygryzając dolną wargę. Gdy tylko wszedł na salę i zobaczył już tylko te cztery sylwetki w długich, czarnych strojach, zakuło go to, jak szybko wszyscy wokół znikali. Tęsknota po czyjeś śmierci nie pojawia się od razu, ale bolała gdy wszystko wokół pokazuje, że kogoś po prostu nie ma tam, gdzie był zawsze, albo gdy brakuje w danym momencie czyjegoś głosu, dotyku, wtedy ta pustka jest widoczna najbardziej. Dlatego te wypalone znaki i siedem pustych miejsc w okręgu były tak widoczną porażką i cierpieniem dla tych, którzy pozostali. Sehun już się nie łudził, że stąd wyjdzie, zapomniał o tym po zabójstwie Suho, bo ten łańcuszek wydawał się nigdy nie kończyć. Słowa demona, które wypowiedział, gdy spotkali się w komplecie po raz pierwszy, nagle stały tak niezaprzeczalną, bolesną prawdą. Przegrana już nie była tylko ich obawą, ale była przyszłością, której tak nie chcieli do siebie dopuścić. 
           Zrezygnowany Sehun stanął na środku okręgu, czekając tylko aż ich zaszczyci dwójka demonów, która jeszcze została na koniec gry. Nie chciał się obracać w stronę graczy tylko dlatego, że teraz wzrok Luhana mógłby całkiem pozbawić go oddechu. Po prostu odliczał sekundy w głowie chcąc, żeby to wszystko już się zaczęło i szybko skończyło, ale niestety czas nie był dla niego taki łaskawy i zamiast się skracać, każda jego jednostka wydawała się coraz dłuższa. Po chwili w istnej, aż krępującej ciszy rozległ się stukot obcasów, zwiastujący, iż Gain miała się pojawić przy asyście tego dźwięku. Brunetka z pewnym siebie uśmiechem spojrzała na zebranych ludzi, jakby chciała zakpić z tej pozostałej, żałosnej garstki. Poprawiła jeszcze swój niedługi płaszcz w lamparcie cętki, który narzuciła na czarną sukienkę i niczym królowa, z największą gracją usiadła na miejscu, zajmowanym kiedyś przez najmłodszą z nich. Natychmiast rozejrzała się po sali i złośliwie uśmiechnęła się do swojej zdobyczy. Nareszcie kontrakt który tyle ją kosztował miał się wypełnić i miała dostać w swoje ręce duszę, która tak sprytnie jej uciekła. Ponieważ życzenie zostało wypełnione, miała prawo do tego chłopaka i sama chciała wykonać na nim swoją karę za morderstwo. Odwróciła wzrok dopiero, gdy do pomieszczenia wszedł Jaejoong. Po śmierci Seungyeon, czyli po swojej zemście mogłoby się wydawać, że powoli przykrywał wszystkie swoje emocje tą samą maską. Jego uśmiech powrócił, a przeszywający wzrok był ostrzejszy niż kiedykolwiek, właśnie nim przywitał wszystkich zebranych. 
            - Zajmijcie miejsca, rozpoczynamy Sąd Ostateczny - wyrzucił szorstko chłopak, do tego jeszcze ledwie słyszalnie. Obrócił się, chcąc już rozpocząć ceremonię. Z opuszczoną głową i ledwie sunąc nogami, zbliżył się powoli do środka okręgu. Nie sądził, że kiedykolwiek zajmie właśnie to miejsce i nie wiedział, że aż tak wielka odpowiedzialność i strach idzie właśnie za tym. Zwykle gdy przyglądał się tym nieszczęśnikom, którzy stawali się „mistrzami ceremonii”, już z daleka było po nich widać jak wielki to dla nich stres, jednak nie po Sehunie. Szatyn całkowicie obojętnie patrzył przed siebie, jakby już wszystko było dla niego w tym momencie obojętne. Można było nawet powiedzieć, że jego postawa, wyraz twarzy i wszystko co składało się na zachowanie w tamtym momencie można było po prostu uznać za lekceważenie wszystkiego, co może go czekać. 
             Lu uniósł podbródek bardziej, chcąc spojrzeć na Sehuna chociaż przez chwilę spod tego długiego kaptura. Bał się, możliwe że nawet bardziej niż on. Zacisnął dłonie w pięści i spoglądał na niego z taką zachłannością, jakby obraz który miał przed oczami miał zniknąć. Zastanawiał się jakby to było bez Sehuna? Nawet jeśli teraz cierpiał, to nie chciałaby żeby on zniknął, nie chciałby też żeby wszystko co się między nimi wydarzyło, po prostu zostało wyczyszczone, nawet jeśli był to tylko labirynt błędów które tak chciał zniszczyć. Właśnie przez te kilka sekund gdy ich garść stała przed sobą na sądzie uświadomił sobie, że wtedy naprawdę był szczęśliwy i jeśli kilka minut takiego szczęścia kosztowało go później tyle łez i bólu to jednak mogły to być ostatnie takie chwilę dla jego duszy, którą w każdej chwili mogło pochłonąć „Casso”.  
             Jaejoong dumnie stanął przed tłumem, chcąc otworzyć kolejne zebranie. Tym razem naprawdę się ekscytował, jakby wrócił do swojego ulubionego hobby. Zacisnął swoje dłonie, wyszczerzając zęby w cynicznym uśmieszku. 
             - Po raz kolejny spotykamy się na Sądzie Ostatecznym. Tym razem ofiarą jest lider waszego małego sojuszu, jak wy go nazywaliście... Suho? - mówił trochę prześmiewczym tonem, nie zmieniając swojego wyrazu twarzy. - Jego życie na Ziemi zakończyło się przez utopienie i odmierzony mu czas właśnie się skończył, a wraz z nim jego osoba całkiem zniknęła z tego i tamtego świata. Wśród was znajduje się sprawca tego czynu i dzisiaj zapadnie wyrok. Rozpoczynamy narady – dodał już nieco łagodniej i szybciej niż zwykle, jakby te ostatnie suche regułki były mało potrzebne i szybko powrócił na swoje miejsce na widowni. 
              Sehun wziął głęboki oddech, czując jak jego serce zaczyna niekontrolowanie bić. Rozejrzał się wokół, patrząc na zaskoczone twarze każdego z nich, gdy z każdą kolejną sekundą nic nie powiedział. Ta stresująca cisza i te wyczekujące spojrzenia które kierowali w jego kierunku dręczyły go jeszcze bardziej. Stres, który ostatnio ciągle zjadał jego ciało od środka, jak najgorsza zaraza nasilał się, powoli gnijąc i zmieniając się w gorycz i bezsilność. Został właśnie przyparty do muru i musiał podjąć decyzję, której tak się obawiał. 
              Drżącymi rękami sięgnął do swojego kaptura i zdjął go z głowy pozwalając, żeby materiał spokojnie spoczął na jego plecach i ramionach. Jego włosy były lekko roztrzepane więc spokojnie przeczesał je delikatnie palcami. Uśmiechnął się łagodnie biorąc kolejny długi oddech, a jego nadzwyczaj ciepłe spojrzenie skierował właśnie w stronę Luhana. 
              - Nie wzywam nikogo na świadka – wyrzucił z trudem drżącym głosem. Lu wpatrywał się w jego oczy w taki sposób, jakby już widział w nich wszystko, co Sehun dopiero zamierzał mu powiedzieć. Przerażony nerwowo pokiwał głową, chcąc zaprzeczyć temu co sam zaczynał myśleć, albo kłócić się z tym, co z każdą taką sekundą wydawało się coraz bardziej oczywiste. - To, że zostałem wezwany na sędziego to właśnie jest dowód na to jak mój los się ze mnie śmieje. - Szatyn tylko na moment opuścił głowę, zmuszając się do pełnego bólu uśmiechu. Gdy tylko ponownie spojrzał w oczy osoby naprzeciw, którą tak kochał, zacisnął wargi i opuścił bezsilnie ręce. - Luhan... wszystko tutaj... jest moją winą. Mam tak wiele powodów, żeby cię przepraszać, że nawet nie widzę sensu, żeby to robić, bo słowa... a nawet moja śmierć, nic! Nic tego nie naprawi! To ja sprawiłem, że oboje skończyliśmy właśnie tutaj... bo tak bardzo chciałem mieć cię tylko dla siebie, że... chciałem zapłacić każdą cenę, nawet taką, że teraz stoję w tym miejscu - zatrzymał się nie wiedząc, co mówić dalej. Kompletnie nie zwracał uwagę na resztę. Myśli po prostu wypływały z jego głowy, a słowa same układały się w ten chaotyczny sposób w jakim zostały zamknięte w jego głowie przed Luhanem i tylko czekały na moment w którym miały się z niej wydostać. Blondyn odsunął się mimowolnie, nie przestając patrzeć na jego twarz. Nie było na niej już nic widać, jakby z odwagą chciał przyjąć to, czego właśnie miał się dowiedzieć. - Na Ziemi nie byliśmy parą. Nasi rodzice po prostu... postanowili się związać i byłeś moim przyrodnim bratem – wyrzucił z odrazą jakby to słowo było najgorszym określeniem jakie tylko usłyszał w swoim życiu. - Ale dla mnie nie. Patrzyłem na ciebie inaczej... chciałem, żebyś ty patrzył na mnie tak samo. - Podszedł kilka kroków do przodu, ale Luhan tylko wycofał się bardziej jak spłoszone zwierze. Do jego oczu zaczęły powoli napływać łzy, a obrazy przewijały się z każdym jego słowem. Oh nie był już w stanie patrzeć na jego twarz, po prostu cierpiał wtedy jeszcze bardziej i nie chciał ranić go kolejnymi słowami. - Wiesz ile razy tłumaczyłeś mi... rodzaje miłości? Mówiłeś, że to co czuję i to co czujesz ty... to coś silnego, bo możemy na sobie polegać, ale... nigdy nie będzie w tym nic ponadto, nic więcej. - Luhan zasłonił usta i opuścił głowę, czując ten ogromny ból, spowodowany tym, że prawie zapomniał, jak się oddycha. Gdy zamykał powieki, widział to miejsce, które kiedyś nazywał domem. Ceglane ściany, kwiaty przy wejściu, duże drzwi, później schody, ciepły brąz podłogi pod jego stopami, wszystko tak znajome, ale tak dalekie. Wydawało mu się, że kiedyś było snem, który zniknął sprzed jego oczu i z pamięci, ale zawsze przy nim był, nawet jeśli widok swojego pokoju zamienił na chłodne mury, długie korytarze, niemal puste pomieszczenia i umierające światło, to wiedział, że gdzieś było miejsce takie jak to, które pojawiało się przed jego oczami, gdy słyszał słowo „dom”. 
               Luhan jęknął cicho, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na swoich ustach, wyczuwając już pod palcami opór jakim stawały się mocne kości szczęki. Jongin bez słowa wpatrywał się w niego tak jak i reszta, nie przerywając, nie reagując, różnica była może tylko taka, że część przysłuchujących się tej scenie była zaskoczona tym wyznaniem, a druga połowa słuchała go uważnie, jakby właśnie odkryli coś, czego nigdy się nie spodziewali. 
              - Więc... wykorzystałeś to, że nic nie pamiętam tak? Okłamałeś mnie tylko dlatego... jesteś egoistą! Idiotą – warknął przez zaciśnięte zęby. Pochylił się nieco do przodu patrząc na niego nienawistnie. Nogi też ledwie wytrzymywały jego ciężar. Sehun nic nie odpowiedział, po prostu odwrócił głowę, czując że sam już nie jest w stanie z siebie nic wykrzesać, bo łzy powoli spływały w dół jego policzka. - Mów dalej! Czemu tu jesteśmy?! - krzyknął Luhan, zaciskając swoje małe dłonie w pięści. Czuł tak ogromny ból, smutek i nienawiść, którą ranił się tylko bardziej, bo nie mógł skierować jej na Sehuna. Nie potrafił nawet po tym co się stało, widział to, że zawsze byli ze sobą blisko, nie tak jak po śmierci, ale jednak miłość, nieważne jaka ona była, zawsze sprawiała, że inne uczucia przy niej słabły, tak jak złość czy nienawiść. Zamykał oczy, żeby nie widzieć jego twarzy, ale nawet kiedy je otwierał, łzy wypływały z jego oczu w takim tempie, że zasłaniały powoli wszystko. 
               - No Sehun... - Usłyszeli głos brunetki, która patrzyła na nich z uśmiechem pełnym satysfakcji. - Powiedz swojemu ukochanemu jaka była cena tych waszych kilku wspólnych chwil – ponagliła go, patrząc na zaskoczonego Luhana tylko po to, żeby zobaczyć tę złość w jego oczach. 
              - Przed „Casso”... dostałem propozycje, że... jeśli będę gotowy zapłacić swoją duszą... dostanę to czego chcę – wyszeptał automatycznie, bez uczuć. Jego wzrok, całkiem pusty znajdował się w jakimś innym miejscu, w przeszłości. - Ona powiedziała, że dostanę cię... jeśli tylko jej posłucham. Zgodziłem się – wyrzucił te słowa ze śmiechem. - Dlaczego miałem sądzić, że... to wszystko się stanie i tak się potoczy? - Oh zamknął oczy, próbując się skupić na swoich blednących wspomnieniach. - Kazała mi pewnej nocy zamknąć wszystkie drzwi, zabarykadować okna... wszystko wtedy, gdy zostaliśmy w domu całkiem sami... Zrobiłem to. Nie była to dziwna prośba... Ja po prostu wtedy nie myślałem, Luhan! Nie wiedziałem, że tak to się skończy. - Przed jego oczami stanął jaskrawy obraz płomieni trawiących wszystko. Idealny kontrast dla tych czerwono-złotych języków stanowił ciemny dym, kotłujący się nad sufitem. Z tamtego momentu Sehun pamiętał też ogromny ból, przeszywający od zewnątrz i palący w środku, ale najgorszy był głos Luhana, gdzieś za ścianą ognia. - Przepraszam... przepraszam Luhan – wyszeptał przez łzy, chociaż im częściej mówił to słowo tym bardziej wydawało mu się żałosne po tym wszystkim co powiedział. Blondyn po prostu stał w bezruchu, a kolejne informacje nie docierały już do niego w takim stopniu jak wcześniej. Oszołomiony próbował odnaleźć się w tych kłamstwach, na których kiedyś wszystko budował. Każde z nich jak cegiełka wypadały z jego idealnie ułożonej wizji i zjawiało się nowe i całkiem nie pasujące, tylko że po tych kolejnych słowach tym razem czuł, że to prawda. - Z każdym kolejnym dniem... kiedy miałem przy sobie ciebie, zapominałem o tym co mnie czeka. Nie sądziłem, że ktoś się o mnie upomni, nie po śmierci, poza tym... już nic oprócz ciebie nie mogłem stracić, byłem w końcu tutaj... w piekle, tyle że... żadne piekło nim nie jest, gdy mam obok siebie właśnie ciebie. - Szatyn zmusił się do krótkiego spojrzenia w oczy Luhana, który załkał żałośnie, siadając bezsilnie na podłodze. Nie patrzył już w jego stronę, tylko oddychał przez zaciśnięte zęby czując, jak każda kolejna łza spływa z jego policzka w dół, aż do brody. - Kocham cię... pamiętaj o tym nawet kiedy mnie nie będzie i pamiętaj też, że ja nie jestem osobą, którą ty powinieneś pokochać – dodał jeszcze słabo. - Dlatego... teraz jestem tu i właśnie... moja gra się skończyła w najgorszy z możliwych sposobów, bo to nie jestem tym który miał cię bronić. Winny miał wskazać winnego. - Uśmiechnął się mimowolnie, podnosząc głowę do góry, unosząc wysoko podbródek, żeby zatrzymać płynące w dół łzy. Przetarł swój policzek rękawem długiego płaszcza. - Zabiłem go, bo... chciałem już uciec przed tym, co miało mnie czekać. Nie bałem się, że zginę, albo ktoś dowie się, że to ja jestem winnym, bez ciebie nie miałem już czego się bać. Kiedy użyłem tej mocy co na treningu i po prostu wbijałem w jego nóż... nie czułem się jakbym pozbawiał go życia. Nie czułem po prostu nic, tak jak teraz – dodał po sekundzie. - Mogę czuć, widać tylko to, co czuje do ciebie, Luhan – dodał jeszcze słabiej. Każde kolejne słowo przechodziło z jego ust coraz trudniej, a jednocześnie stawało się tak naturalne, jakby to była najbardziej oczywista rzecz jaka siedziała u Sehuna w głowie. 
               Zapłakany Lu schował swoją twarz w dłoniach, płacząc już bezmyślnie, bo czuł tylko ten żal, z każdym słowem tylko bardziej trwały. Szatyn powoli podszedł do niego, ale im bliżej niego się znajdował tym bardziej jego płacz i łkanie przypominały mu tamten dzień, gdy jego egoizm po raz pierwszy sprowadził go do łez, do bólu i do śmierci. Uklęknął przy nim gwałtownie, drżącymi dłońmi łapiąc jego policzki. Lu wcale się nie bronił od jego dotyku, czuł się po prostu jak we śnie. Patrzył na niego, chociaż tak bardzo chciał żeby on zniknął, pozwalał mu być blisko, chociaż wolałby uciec od niego jak najdalej. Sehun z łagodnym uśmiechem, ostrożnie pocałował go w czoło, ledwie dotykając jego skóry wargami. 
               - Żegnaj, braciszku. - Szatyn odsunął od niego swoje dłonie, nawet jeśli tak bardzo już tęsknił za jego skórą. Wstał z miejsca z tym rozdzierającym go bólem, mając w głowie tylko tą świadomość, że zaraz wszystko się skończy. Obrócił się do niego tyłem, i natychmiast skierował swój wzrok w stronę brunetki. Kobieta wyciągnęła tylko przed siebie dłoń, jakby nakłaniając go, żeby do niej podszedł. W sali można było usłyszeć tylko jego kroki i coraz głośniejszy płacz Luhana. Blondyn podniósł lekko wzrok, widząc tylko jak Sehun oddala się powoli od niego, idąc na sam koniec szachownicy. Podniósł głowę całkiem, odsłaniając zaszklone od łez oczy i naprawdę wymuszony uśmiech. 
                - Żegnaj...Hunnie – powiedział to proste zdanie zaplątane od dawna w jego pamięci. Mówił je wiele razy, ale wtedy rozdzielał ich tylko próg drzwi. Widział jeszcze, jak Sehun zatrzymał się, zawahał się na moment, a Lu po prostu wpatrywał się w niego, jakby samym spojrzeniem chciał go zatrzymać. 
                - Jongin – wyrzucił z odrazą, odwracając głowę. - On ma stąd wyjść. On musi stąd wyjść – wyrzucił śmiertelnie poważnie, patrząc w oczy Kaia. Brunet zacisnął tylko swoje wargi, będąc w stanie kiwnąć jedynie głową na potwierdzenie. - Wyprowadź go stąd... - burknął jeszcze Sehun, po czym powoli wyszedł na niewielkie podwyższenie, gdzie już czekała na niego właścicielka. Luhan zacisnął dłonie mocniej i opuścił głowę. Czuł w sobie tyle bólu i nienawiści, że mógłby właśnie w tym momencie zniszczyć wszystko i każdego, ale gdy tylko na swoich ramionach poczuł dotyk dłoni Jongina to poczucie złudnej potęgi po prostu go opuściło. Nie miał w sobie tej siły, żeby go bronić, a do tego czuł, że to Sehun chce bronić jego. Nie potrafił nawet kontrolować swojego ciała, które drżało od płaczu i strachu. Spojrzał jeszcze raz na szatyna, ale ten nie odwrócił się już w jego stronę. Luhan z każdą chwilą miał w głowie coraz więcej obrazów, głosów i Sehuna. Znikał z tego świata, ale budził się w nim, jakby zawsze miał tam zostać.


              Stanąłem odważnie przed kobietą, spoglądając w jej ciemne oczy już bez strachu. Przez to, że wiedziałem co zaraz się stanie po prostu pozwoliłem swoim myślą całkiem się uspokoić. Zacisnąłem swoje dłonie, ale szybko poluzowałem ich uścisk, bo nawet na to nie miałem siły. Jakoś wszystko odchodziło, „wyciekało” ze mnie, czułem się jakbym już umierał i to od chwili w której uświadomiłem sobie, że to koniec. 
              Demon ostrożnie podniósł moją dłoń i objął ją swoimi, gładząc kciukiem jej wierzch. Nie czułem na skórze jej dotyku, a nawet wyraźniejszym i bardziej realnym dla mnie uczuciem było to opuszczające mnie życie. Zostawała we mnie tylko obojętność, którą już przesiąkłem na wylot. Musiałem się poddać i pozwolić sobie właśnie na taki stan, w którym nic nie miało dla mnie znaczenia. 
              - Jesteś gotowy? - zapytała, podnosząc wzrok i chłodno spoglądając na moją twarz. Tym razem jej wzrok był inny, gdy patrzyłem dłużej w jej oczy, miałem ochotę uciekać, bo chociaż widziałem przed sobą najzwyklejszą twarz, człowieczą, to jednak byłem pewny, że to co przede mną stało, nie było człowiekiem. W szponach tego drapieżnika powinienem panikować, próbować się ratować, albo chociaż liczyć na ratunek, tylko wtedy wydawało mi się, że to nie jest mi potrzebne. W mojej głowie nie budowały się już żadne myśli, więc i na zmartwienia nie było tam miejsca. Kiwnąłem tylko głową, zbliżając się do niej bardziej. Gdy tylko wykonałem ten krok, tak jak i zawsze wiedziałem, że droga jest tylko jedna, nie było już odwrotu, po prostu postanowiłem pójść w tą ciemność, głęboką jak jej spojrzenie. Zamknąłem powieki, powtarzając w myślach tylko jedno zdanie. 
„Przepraszam, braciszku.”



              - Nie! - wrzasnął Jongin, przyciskając Luhana niczym kukłę do ściany. Blondyn spojrzał na niego nienawistnie spod zasłaniających mu oczy kosmyków. Oddychał głęboko, rozchylając lekko swoje malinowe usta. 
            - Nie ty decydujesz o tym, co mam zrobić, a czego nie! - wrzasnął, starając się odciągnąć od swoich ramion dłonie Jongina. Nie miał już siły, tak naprawdę czuł tylko, że nie może być tak bezczynny i powinien obronić kogoś, kto starał się bronić go zawsze. Zostając za tymi drzwiami, stracił szansę nawet na to, czując się jeszcze bardziej żałośnie i bezsilnie. W jego głowie pozostawała tylko myśl, że gdyby zginął próbując, to może zacząłby w swoich własnych oczach coś znaczyć. 
            - Sehun chce, żebyś stąd wyszedł. To, co zrobił... to, co się teraz stało, to tylko kara. Musiał to zrobić... obronienie go, nawet gdyby się udało... sprawi że będzie się czuł tak jak czuł się teraz. Daj mu wolność, pozwól mu zrobić tak jak uważa. Chociaż raz! - wrzasnął głośno tuż przy jego twarzy. Luhan otworzył szczerzej oczy, słuchając uważniej tych słów. Już je słyszał i to nie raz, mówił je ten sam głos i zawsze z tą samą złością. Dla nikogo innego wolność nie była tak cenna. 
             - Ty – wyrzucił cicho, spoglądając niepewnie na Jongina. Z jego nowych wspomnień wyłoniło się kilka kolejnych obrazów tej samej twarzy. Kolejny element dopasował się do tych zagubionych prawdziwych faktów. - Wiedziałeś, że to wszystko nieprawda! Udawałeś, że mnie nie znasz... czemu? Nie zasługuje na to, żeby dowiedzieć się prawdy? Nie potrzebowałem waszej opieki! Nie musieliście robić wszystkiego, co według was było dla mnie dobre... - powiedział, czując kolejny napływ łez. - Ty... kim dla mnie byłeś?! Też moim bratem? Kim?! - Uderzył go z całej siły w klatkę piersiową, patrząc wyczekująco w jego oczy. Nic nie było go już w stanie zaskoczyć. Bał się swoich wspomnień, ale nie sądził, że aż tak bardzo dał się zwieść i oszukać. Osoba, która najbardziej go zraniła i której nie potrafił wybaczyć jeszcze raz sprawiła, że Luhan czuł się jak nic niewarty śmieć. Powoli sam nienawidził siebie, im więcej o sobie wiedział. To nie była ta osoba, którą był na Ziemi. Tam decydował za siebie, znał swoją wartość, a w tamtym momencie po prostu nie widział jej, jakby nie było niczego za co mógłby się szanować i jedynym wyjściem, aby jakoś się przydać było oddanie się komuś. Z każdym prawdziwym wspomnieniem i obrazem czuł się, jakby właśnie wybudzał samego siebie z długiego snu. W tym świecie, którego tak nie chciał naprawdę ujrzeć w jego naturalnych barwach, nie mógł ufać nawet osobie, którą nazywał wcześniej swoim przyjacielem. Spojrzał w jego oczy z taką pewnością, jakby chciał wszystko z nich przeczytać. To dziwne uczucie, jak miliony obrazów odnajdowały miejsce w jego umyśle i głosy włączały się tam na nowo, chociaż były tam od zawsze, po prostu zamrożone. Luhan wpatrywał się w Jongina i z sekundy na sekundę wiedział o nim coraz więcej. To dziwne uczucie sprawiało, że wszystko co do tej pory widział wydawało się inne, bo znikał ten zakłamany, „tekturowy” świat, który Lu sam stawał sobie przed oczami, aby nie tęsknić za prawdą. 
              Wspomnienia z Jonginem nie kończyły się szybko. Był przy nim dłużej niż Sehun, jakby od zawsze u jego boku. Kilka pięknych scen, jego uśmiech, albo uczucie tego ciepła w środku przecinały też te złe chwile, na zmianę z tymi które Luhan obiecał sobie pamiętać zawsze. Wszystko spływało na niego błyskawicznie, jakby kilka prawdziwych słów i ten wzrok Sehuna sprawiły, że ta powłoka która otaczała go od tamtego świata pękła. 
              - Luhan... pamiętasz mnie? - zapytał Kai w istnej ciszy, spokojnie patrząc w jego zszokowane oczy. Nie wiedział co ma powiedzieć i jak się tłumaczyć, a już na pewno nie wiedział czy powinien się cieszyć, że Lu przypomniał sobie o nim, czy uznać że jego szansa zdobycia go właśnie odeszła. 
              - Jak mogłeś, Jongin? - wyszeptał, mając w głowie te słowa którymi wymienili się w tym ostatnim dniu swojego życia. Wbił wzrok w podłogę, a jego ręce opadły bezwładnie bo już nie miał siły ich podnieść. Kai ostrożnie chciał położyć dłoń na jego ramieniu, ale wtedy blondyn się odsunął, z podobnym wyrazem twarzy jak wtedy gdy mu odmówił, tłumacząc że przyjaźń jest najważniejsza. 
              Zdenerwowany brunet po raz kolejny wyciągnął przed siebie dłonie, tym razem po to żeby mocno przyciągnąć go do siebie, wbijając palce w jego kościste ramiona, ostatecznie go unieruchomić. Jego usta po prostu przyłączyły się do jego, a wargi z chęcią odbierały to co uznawały za swoje, dominując całkiem w tym pocałunku. Jongin drżał na przemian z podniecenia, albo złości, że nie był na tyle silny, żeby powstrzymać się od tego nachalnego pocałunku. Nie przerywał, sądząc że brak odmowy to pozwolenie. Gdy tylko jedna z jego dłoni przesunęła po karku chłopaka i wsunęła się w jego jasne włosy Luhan drgnął, jakby wybudził się właśnie z tej „magi jednej chwili”. Odsunął go od siebie gwałtownie i bez jednego spojrzenia, czy słowa po prostu ominął go z opuszczoną głową. Teraz wszystko miało być inne, łącznie z nim.


 ☸


               Kobieta uniosła delikatnie podbródek z uśmiechem spoglądając na tlący się płomień świecy. Trzymała w dłoni ozdobiony kawałek zastygniętego wosku, na którego gładkiej powierzchni widniał pozłacany ornament. Każdy jej krok powodował, że obłok światła okalał inny fragment ciemnej przestrzeni. Chociaż idący ze świecą demon nie przyspieszał, podążając tym samym tempem, płomień świecy przechylał się coraz bardziej w jej kierunku, jakby poruszał nim wiatr. Kobieta zatrzymała się na środku korytarza i właśnie w tym samym momencie płomień świecy po prostu zgasł, szarpnięty przez mocny podmuch powietrza. Brunetka w odpowiedzi zaśmiała się tylko cicho, wyszczerzając swoje śnieżnobiałe zęby. 
              - Wszystko w swoim czasie – wyszeptała, zasłaniając dymiący knot świecy. Gdy tylko jej palce odsunęły się od niego, płomień ponowie zabłysł na szczycie świecy. Wtedy ponownie ruszyła w stronę drzwi, prowadzących na balkon, spodziewając się, że to właśnie tam znajdzie Jaejoonga. Gdy tylko otworzyła szeroko dwuskrzydłowe drzwi nie ujrzała za nimi nic oprócz samotnego szezlonga, na którego w połowie padało blade światło. 
              Obróciła się z rezygnacją, ale wtedy na jej drodze stanęła czyjaś sylwetka, na którą padało światło świecy. Brunetka sunęła wzrokiem po torsie, aż do twarzy Jaejoonga, który spojrzał na nią pytająco. 
              - Czego chcesz? - burknął nieco rozczarowany, że nawet tu Gain musi się za nim snuć. - Myślałem, że już masz wszystko, czego chciałaś. 
              - Nie pozwolisz mi zostać do końca zabawy? - zapytała, seksownie rozchylając usta i lekko mrużąc kocie oczy. Mężczyzna położył dłoń na jego głowie i przeszedł obok bez słowa. Wyraz jego twarzy specjalnie się przy tym nie zmienił. Całkowicie ignorując stojącą w drzwiach Gain, usiadł na obitym czerwoną tapicerką meblu. 
              Ostatnio to było jedyne miejsce w którym przestawał myśleć o tym wszystkim co mogłoby go czekać. Jak nigdy, teraz naprawdę czuł, że ma nóż na gardle. Nie pierwszy raz ryzykował zabijając wysoko postawionego demona, chociaż zwykle chodziło mu tylko o to, żeby pozbyć się przeciwnika, albo kogoś kto miał nad nim władzę. Jaejoong od zawsze obiecywał sobie, że gdy odsunie od siebie człowieczeństwo i tę „siłę wyższą”, którą niektórzy nazywali bogiem, postacią której pozwalali błędnie kierować swoim życiem, to już nie pozwoli nikomu sobą rządzić. Właśnie dlatego zabijał stopniowo, pokonując kolejne szczeble, bo po każdym z nich pojawiał się ktoś wyższy, potężniejszy. Zatrzymał się dopiero przy elicie, za którą tak wiele osób stanęłoby murem. Do tej grupy należała niestety też Seungyeon, więc zabójstwo właśnie tego demona było równoznaczne z wydaniem na siebie wyroku. Kim już praktycznie nie miał wyjścia, mógł tylko czekać, aż zjawi się ktoś, kto ukarze go za jego „niesubordynacje”. Najbardziej obciążającym go dowodem była nieopuszczająca go ani na krok Gain, która chociaż dostała to na czym jej zależało czekała na jego upadek jak głodujący sęp. 
              Brunetka ruszyła ze świecą w jego kierunku, w dalszym ciągu strzegąc jej gasnącego płomienia. Kim nie komentował jej zachowania, wiedząc czemu tak strzeże tego ognia, który miał komuś wskazać kierunek miejsca, w które ma wrócić. U demonów ogień i wola stawały się ogromną siłą, nie zawsze tylko niszczycielską. Intencje były właśnie tym, co pozwało im kontrolować tą moc, im gorsze były i im większa napędzała je nienawiść tym silniejsze stawały się jej pokłady. Gain usiadła obok niego, na tak bezpieczną odległość, żeby nie narazić płomienia świecy. 
            - Idiotka... po co chcesz wyciągnąć „Coś” co miało zostać w piekle? - zapytał w końcu, podpierając głowę i swój znudzony wzrok skierował na krajobraz podzielony przez kamienne szczeble barierki na balkonie. - Zresztą... - burknął ledwie wyraźnie - nie moja sprawa. 
            - Zresztą co? - wyrzuciła półszeptem, zbliżając się do bruneta. - Domyślasz się kogo tak wyczekuję? - Uśmiechnęła się nienaturalnie, mierząc dokładnie wzrokiem od góry do dołu sylwetkę Jaejoonga. - Teraz moja kolej na zabawę – dodała składając usta w dzióbek. Kim wyprostował się i obrócił głowę aby spojrzeć w jej stronę. 
           - Skąd pomysł, że ja skończyłem zabawę? - wyrzucił z uśmiechem pełnym satysfakcji, która pojawiła się natychmiast, gdy tylko zobaczył w oczach brunetki cień zainteresowania. 
           - Z tą garstką niespecjalnie się zabawisz – odparła po chwili zastanowienia z odrazą. 
           - Dlaczego? Została najsilniejsza czwórka, a do tego najśmieszniejsze jest to, że mamy tutaj ludzi... pełnych bólu, miłości wymieszanej z nienawiścią – brunet mówił dalej z błyszczącymi oczami, jakby poruszany przez niego temat przynosił mu największą radość. - Można zrobić tak wiele, żeby ten koniec był zwieńczeniem całego projektu, upadkiem człowieka i...
            - Sam upadłeś – przerwała mu - i to na głowę. - Jaejoong zaśmiał się tylko w odpowiedzi. - Chcesz sprawić, żeby pozabijali się nawzajem? - mruknęła niechętnie, uświadamiając sobie jak mało interesujące byłoby z tego widowisko. 
             - To za proste. - Wstał z miejsca, zostawiając brunetkę samą na czerwonym szezlongu. - Tym razem sporo zaryzykuję, ale wtedy „zabawa” będzie jeszcze lepsza – zaakcentował wyraźnie. Gain uśmiechnęła się złowieszczo, widząc już po dumnej minie Jaejoonga, że widocznie coś ma w planach w najbliższym czasie. 
              - Czyli mam rozumieć, że czeka mnie niezłe widowisko? - zapytała spokojnie, odrywając wzrok od iskrzącego płomienia tylko na chwilę. Już później nie zgasnął, jakby zapowiadał „Coś”, co miało nadejść.