Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EXO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EXO. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

jeden wybór DZIEWIĘTNAŚCIE opcji

A/N: Witam! Nie wiem od czego mam zacząć po takim czasie... Na pewno dziękuje Wam, że ciągle o mnie pamiętacie, bo nie jednokrotnie czytałam takie ciepłe komentarze, że aż ciężko się nie uśmiechać. Tak jak kiedyś pisałam, nie zostawię nigdy nic co nie ma końca (nawet tego umownego) wiec kto uwierzył mi na słowo mam nadzieje, że czekał na ten rozdział. Sama nie wiem czemu przeciągałam dodanie Casso do końca. Myślałam nawet o tym, żeby przestać marnować czas w ogóle na pisanie, skoro nie idzie mi to dość dobrze. Załatwiłam się jednak własną bronią, bo zawsze każdemu z autorów którzy próbowali odpuścić sobie pisanie powtarzałam, że i tak prędzej czy później do niego wrócą. To dość proste, w końcu każdy autor pisząc jakaś historie oprócz własnej żyje tez jeszcze ta, która sam tworzy. Nie tak łatwo rezygnuje się z pisania, bo to tak jakby rezygnować z życia. Może to za duże słowa, ale wydaje mi się ze do wielu autorów których znam pasują. 
Tak więc... nie jestem zachwycona tym rozdziałem, bo trochę trudno było mi przelać na papier to co widziałam w wyobraźni. Trochę tez więcej tu melancholii, ale poniekąd wpisałam tu to, o co chodziło mi w całym Casso. Trochę psychologi... 
No i jeszcze tylko epilog i skończę cała serię, ale i tak szykuje coś dalej - w końcu do każdego zakończenia można coś dopisać.



            Przez dłuższy czas nie padło ani jedno słowo. Ten moment ich nie wymagał. Cisza, nawet jeśli nieufna, dawała więcej nadziei i nawet ona uginała się pod napięciem tej chwili. Kris nie odrywał wzroku od stojącego przed nim Tao. Ciężko byłoby opisać co tliło się w jego oczach, ale na pewno na pierwszym planie był tam ból. W końcu walczył sam ze sobą. Ani jedno z nich nie chciało strzelić, ale z obawy, że drugie to zrobi, trzymali wymierzony w przeciwnika pistolet. Z tej pułapki miała się wydostać tylko jedna osoba. Musieli wybrać lub wywalczyć kto stąd wyjdzie. Kris czuł, że jego serce zaraz rozbije mu klatkę piersiową od tych mieszanych emocji. Ręce drżały, trzymając broń z mniejszą siłą. Palce były tak słabe, że nie mógłby nawet nacisnąć spustu. Czuł się okropnie, przez sam fakt, że celuje w Tao.
            Brunet przygryzł dolną wargę, zaciskając ją mocno. Odwrócił głowę, czując, że do jego oczu napływają łzy. Ta słabość... Próbował ją zniszczyć ale chyba tak naprawdę tylko ją ukrył. Yifan zawsze był jego słabością. Widział twarz blondyna przed sobą, przypominając sobie jak bliski był to dla niego widok, kiedy odtwarzał go w myślach wielokrotnie. Szczególnie usta. Zawsze chciał czuć ich dotyk na swoich. Pragnął być dla niego ważny, a teraz gdy czuł, że jego marzenie jest bliskie spełnienia, miał sam zadecydować czy przeżyć, czy dać żyć swojej miłości. Niestety ani jedno z tych wyjść nie łączyło ich razem. Zawsze uważał, że największą wartością jaką ma jest właśnie życie. Śmierć dla Tao była jak przegranie walki. Zawsze robił wszystko, żeby przetrwać, co wbrew pozorom podczas jego żywotu było trudną sztuką. Nie bał się poświęcić w tym celu innych, ale nie mógł oddać za nic Krisa. Do jego oczu zaczęły napływać łzy, przez które nie mógł nawet nakierować lufy pistoletu na swój cel. Skoro okazało się to całkiem bezowocną próbą, opuścił bezsilnie ręce łkając przy tym żałośnie.
            - Nie umiem zrobić ci krzywdy, Kris - wyrzucił, nie mając odwagi podnieść na niego wzroku. Sam fakt, że Wu nadal w niego celował, sprawiał, że jego serce pękało na pół. Może dla niego... To nie jest takie trudne. Przez myśli Tao przeszła nawet myśl, że może zginać z ręki Yifana. Czuł jednak spokój nawet z tą myślą. To, że się mylił szybko okazało się wyraźne.
            Kris również opuścił broń i podbiegł do Tao. Ścisnął go w swoich ramionach, bez niepewności i strachu, chociaż nie wiedział, czy to nie pułapka i czy teraz nie poczuje lufy pistoletu przy swojej skroni, albo na plecach. Nie obchodziło go to. Jego Tao nie zrobiłby tego. Nie teraz, kiedy wybrali tak samo i musieli odrzucić swoje etykietki, przypisane na ziemi, które stawiały ich po przeciwnych stronach ringu. Potrafili zostawić przeszłość za sobą i wszelkie urazy puścić w niepamięć, dopiero gdy uświadomili sobie, że to ich ostatnia szansa. Tao wtulił się w tors wyższego od siebie Krisa, zaciskając dłonie za jego plecami, na materiale jego białego garnituru.
            - Wiem... - wyszeptał Yifan, obejmując go mocniej, jakby bał się, że teraz zniknie. Słyszał tylko jego płacz, szczery jak płacz dziecka. Oczy i policzki chłopaka były już mokre od łez. Kris również czuł, że bezsilnie zaciskając zęby nie powstrzymuje swoich łez. Przecież nie płakał nawet gdy go stracił.
            - Wyjdziemy stąd? Razem? - zapytał żałosnym głosem brunet. Wu odsunął się od niego, od razu przenosząc wzrok na jego twarz. Starł łzy z jego policzków, ale natychmiast pojawiały się nowe.
            - Zawsze razem - wyszeptał z uśmiechem, chociaż w nim już nie było nadziei. Nie chciał mu mówić, że najprawdopodobniej ta zasada nie jest do przeskoczenia, tutaj nie obowiązywały ich ludzkie, całkiem odmienne prawa, których przestrzegania strzegła grupka innych ludzi. W takim miejscu jak Casso, zasady były fundamentem. Tao słyszał ten drżący głos Krisa. Doskonale zdawał sobię sprawę z tego, z jakim mówi to smutkiem. Z utęsknieniem i żalem, który przekraczał już rozumiane przez człowieka normy wtulił się mocno w jego ciało. To był ten moment gdy czuł to coś, ale było to tak silne, że nawet nie potrafił tego nazwać. Palce chłopaka zaczęły pełzać od jego barków, do tali, na plecy, biodra, wszędzie z tym swoim zachłannym dotykiem. Bał się, że to ostatni raz kiedy ma go przed sobą, dlatego nie umiał się opanować, czerpiąc z tych chwil garściami.
            Mężczyzna rozejrzał się słysząc znany mu dźwięk. Szuranie czegoś ciężkiego o ziemię przypomniało mu końcowe części jego labiryntu. Kątem oka zauważył, że ściany ostrożnie zaczęły się zwężać. Poruszały się, pozbawiając ich znacznej części przestrzeni. Tao również to zauważył, zaciskając z wściekłością zęby. To były widać metody "nacisku" jakie stosował Jaejoong. Przerażające, ale prawdziwe. Chciał przyspieszyć jakoś ich decyzje.
            Brunet spojrzał w dół na broń, którą rzucił pod swoje stopy, nawet nie pamiętając kiedy ją stracił. W jego głowie otworzyła się rozmowa z Baekhyunem, przed pojedynkiem z demonem zapytał go, co by zrobił, gdyby od niego zależało czyjeś życie. Wtedy... odpowiedziała mu, że to głupota robić coś takiego, żeby ratować czyjeś życie kosztem własnego, chociaż każdy człowiek ma dla siebie kogoś takiego, komu oddałby wszystko i kto jest wart takiej ceny. Każdej ceny. Słuchał wtedy Byuna z lekką zazdrością, bo chciał tak kochać, bez egoizmu i bez rozsądku. Tamten moment uświadomił mu, że on już to czuje, już jest gotowy poświęcić się i całkiem oddać za tą głupotę, która nazywała się miłością. Kiedy objęcia Krisa opuściły go pochylił się po broń, ledwie zauważając ją przez zakryte łzami oczy. Jego palce natychmiast znalazły spust. Ostrożnie nasunął je na niego i nakierował lufę w swoją stronę. Kris w tym czasie podszedł do ruszających się powoli w ich kierunku ścian, które najwidoczniej miały go zmiażdżyć. Chciał je czymś zablokować i zatrzymać, dać im czas. Tao podjął jednak już swoją decyzję. Łkał cicho, patrząc na Krisa, a jego drżący palec stopniowo naciskał spust. Zamknął oczy, zapisując ten obraz w pamięci. Mógł to dla niego zrobić, on powinien stąd wyjść. Zamknął oczy na chwilę a gdy je otworzył Yifan stał już przodem do niego. Zawahał się, a gdy poczuł na sobie przerażony, pełen bólu wzrok Krisa. Wu podszedł do niego. łapiąc go za ramię, przez co lufa pistoletu była skierowana w stronę jego twarzy.
            - Nie odejdziesz beze mnie! - wrzasnął. Tao już nie był w stanie płakać, miał wrażenie, że łzy zamarzły w jego oczach. Ogólnie czuł wokół siebie chłód, może od tych murów, które ich otaczały. To był ich koniec, wiedział to. Ani jeden nie zabije drugiego, bo ani jeden nie umiałby żyć z taką rozłąką. Śmierć była tutaj lepszym wyjściem, niż życie z pustką.
            - Kris... ja cię naprawdę kocham. Tak będzie lepiej, ty jesteś w stanie uratować resztę a ja nie  - odparł spokojnie, monotonnym głosem. Wu nie potrafił już wytrzymać słysząc te słowa.
            - Tak? - mówił przez zaciśnięte zęby. - Kochasz mnie i chcesz zostawić tu samego? Bez ciebie? - warknął i przyłożył broń, którą trzymał chłopak do swojej skroni. - Całkiem w twoim stylu, tchórzu... Tylko dla ciebie tak będzie łatwiej.
            - Więc... odejdźmy stąd razem - wyrzucił. Gdy tylko te słowa padły, nagle zrobiło się cicho. To był... chyba najczarniejszy scenariusz, jaki mógł się wydarzyć, ale dlaczego nawet teraz Kris czuł, że to właściwe. Smutek jaki go wypełniał owszem, odbierał mu rozum, ale nie odbierał uczuć. Tylko tak... tylko tak mógł z nim być. Puścił jego dłoń i również sięgnął po swoją broń. Bez myślenia o konsekwencjach, jakby właśnie się poddali, ale jednak z uśmiechem patrzyli na siebie. Nie myśleli o śmierci, patrzyli na to inaczej. Tak naiwnie, czując wpływ tego narkotyku, który skłaniał ich do różnych szaleństw. Nie żałowali. Znaleźli coś wartościowego, ważniejszego od życia, kruchego jak porcelana, coś, co przyszło za uczestnikami Casso nawet za bramy piekieł.
            Kris trzymając pistolet za chłopakiem w tym czasie ostatni raz, delikatnie musnął jego wargi. Otarł tylko jego usta o swoje. Lufę przyłożył do tyłu jego głowy, stukając się z nim czołem. Brunet zrobił to samo, drżącymi rękami i mniej zdecydowanie.
            - Do zobaczenia... w piekle, Krisuś - wyszeptał, ostatni raz złośliwie się uśmiechając. Blondyn sięgnął do jego drugiej dłoni splatając jego palce ze swoimi.
            - Na trzy - wyrzucił szybko na jednym wydechu. - Jeden...
            - Dwa.
            - Trzy!
            Po tych słowach rozległ się huk, ale ta bitwa nie miała swojego zwycięzcy ani przegranego.


            Przerażająco cicho. Każdy szmer i szum był zbyt głośny. Coś wokół budziło tę groźną atmosferę, bo wyglądało to tak jakby wszystko dookoła czekało na jakiś ważny, przełomowy moment. Powietrze wydawało się być zatrute, po prostu zaczęło być za ciężkie, dlatego każdy oddech Luhana był jak walka o to, żeby w ogóle zaczerpnąć powietrza. Droga od kilkunastu metrów była prosta, więc bez zawahania mógł iść przed siebie, aż do momentu w którym na swojej ścieżce zobaczył ścianę zieleni, odgradzającą go od dalszej wędrówki. Zatrzymał się zszokowany, rozważając zmianę trasy, ale wtedy mocny podmuch wiatru wstrząsnął liśćmi i rozchwiał gałęzie, odsłaniając za nimi jakiś obraz. Lu podszedł do nich i delikatnie rozsunął je palcami. Bez wątpienia właśnie to miejsce było wyjściem, dla którego przeszedł cały ten labirynt.
            „Przekroczenie labiryntu jest jednoznaczne z wyzwaniem Boga do walki” Zrobił krok w tył, przełykając ślinę. Do tej pory oszukiwał sam siebie, że to nie jest możliwe, żeby dostał się tu jako pierwszy. Jego problemem, aż do tego momentu było przejście labiryntu i to na tym problemie skupił się przede wszystkim, nie myśląc o reszcie. Odsuwał od siebie wizję walki z demonem.
            - Nie stresuj się. - Usłyszał rozchodzący się echem, znajomy głos. Zacisnął osłabione stresem dłonie w pięści, czując boleśnie puls w swoich nadgarstkach. To już nie był słaby Luhan. Miał odwagę by postawić swoje życie na szali, jednak nawet jeśli wykonywał pewne kroki do przodu i z zawziętym wyrazem twarzy wyszedł z labiryntu, cały się trząsł, biorąc co jakiś czas głębszy oddech. Tego bezwarunkowego odruchu nie mógł opanować.
            Pomieszczenie będące centrum labiryntu swoim kształtem przypominało wnętrze diamentu, bo właśnie w taki sposób były ustawione ściany, lekko na skos, dodatkowo wszystkie były w jadeitowym kolorze. Cały wystrój sali kojarzył się również z wnętrzem jaskini, bo z gładkich i twardych jak minerały ścian spływały strumienie wody. Nie były wielkie, raczej przypominały krople spływające z szyby w deszczowy dzień. Co jakiś czas osuwając się w dół ostrych kolców nad sufitem i łukowatych zdobień w końcu upadając na podłogę i rozbijając się o nią z pluskiem. Obecny przy tym dźwięk, który roznosił się cichym echem, rozbudzał tą niepokojącą atmosferę. To tylko dźwięki, ale jednak gdy odbijały się echem niosąc ten odgłos po całym pomieszczeniu, okazywały się idealnym akompaniamentem dla demona.
            Wzrok chłopaka natychmiast powędrował w inne miejsce, w stronę kamiennego ołtarza na środku sali, na którym leżał podtrzymywany na złotej podstawie sztylet. Z jakiegoś powodu on stał się jego celem. Wiedział, że musi go zdobyć, aby wygrać, aby w ogóle mieć jakieś szanse.
            Demon natychmiast powiódł wzrokiem w tym samym kierunku.  Uśmiechnął się lekceważąco, po czym ruszył w jego stronę. Każdy krok Jaejoonga również rozbrzmiewał echem po całym pomieszczeniu.
            - Nie sądziłem, że ty przyjdziesz tutaj jako pierwszy – stwierdził spokojnie.
            Lu przełknął ślinę, czując jak oblewa go zimny pot. Na jego karku czy pod grzywką już go czuł, tak jak i ten dreszcz przechodzący mu po plecach. Gdy stał przed demonem miał nieodparte wrażenie, że ktoś za nim jeszcze stoi. Obróciłby się chętnie, ale wolał nie spuszczać Jaejoonga z oczu. Wyobrażał sobie, że gdy demon patrzy w jego stronę za jego plecami rozdziera się przestrzeń i pokazuje się wyrwa do piekieł. Widział też oczami wyobraźni jak długie, czarne szpony sięgają po niego, chcąc go tam wciągnąć, ale nie potrafią go złapać. Dopiero gdyby się obróci, Jaejoong pchnąłby go w ich objęcia, a one zabrałyby jego ciało na dno, szarpiąc do siebie. Jedyną drogą jaką mógł w tej sytuacji wybrać było iście przed siebie, wprost w ręce diabła.
            - Nie martw się. Dla ciebie będę delikatny, Lu. Stawia mnie to w niekorzystnej sytuacji, że znowu muszę walczyć z kimś o wiele słabszym od siebie – wyrzucił Kim z uśmiechem.
            Blondyn nic nie odpowiedział i odsunął bardziej od siebie dłoń, rozchylając palce. Patrząc na Jaejoonga, wsłuchiwał się w stukot metalu, odbijający się echem. W tamtym momencie sztylet przeciął powietrze, aby ostatecznie ułożyć się rękojeścią w jego dłoni. Tak jak trenował, dość sprawnie użył swojej mocy.
            Jaejoong uśmiechnął się, stając już przed uzbrojonym Luhanem.
            - Tego się spodziewałem po jednym z Morderców. - Lu słysząc to, otworzył szerzej oczy i rozchylił lekko usta. - Tak, Lu... – potwierdził Jaejoong, widząc jego zaskoczenie. - Jesteś jednym z Morderców. Nigdy nie byłeś ofiarą. W końcu z twojego powodu... Xiumin chciał szybko uciec. Wiedział, że po tym jak przywróci się fragment twojej pamięci, powiesz w końcu więcej. Też przez ciebie Sehun zabił Suho. Liczył, że zachowa w ten sposób tę tajemnice, ale ostatecznie i on przez ciebie zginął – dokończył spokojnie, jakby tłumaczył mu wszystko jak nauczyciel. - Bez Sądu... Bez brudzenia sobie rąk zabiłeś cztery osoby – wyszeptał, co przez echo rozchodzące się w pomieszczeniu było wypowiedziane jeszcze bardziej przerażającym tonem.
            Luhan zacisnął usta, słuchając dokładnie tego co mówi. Ciężko było mu zrozumieć dlaczego niby jego działania miały sprawić, że oni wszyscy nie żyją. Czy to on był tym złym omenem w Casso i jak "złote jabłko" w świecie greckich bogów doprowadził do upadku uczestników projektu? To nie mogła być prawda, nie mógł być jak Pandora, nie mógł nazywać się "Casso". Nie wszystko było widać tak oczywiste, każdy obraz w tym świecie był niepewny, w wypadku Luhana nawet obraz jego samego. Skoro oni wszyscy to ofiary jego działań i obecności, nadal nie widział jednak powodu, żeby nazwać się Mordercą. Ale czemu to wydawało mu się takie prawdziwe?
            - Skoro nie żyją przeze mnie i jestem Mordercą - szeptał, czując że jego oczy wypełniają łzy. - To chyba i ciebie mogę zabić. - Dumnie trzymał zadartą do góry głowę. Świat taki nie był, nie zgadzał się z tym. Ludzie umierali dla siebie nawzajem i czasem dla czyjegoś dobra robili najgorsze rzeczy, ale to nie świadczyło w oczach Lu o tym, że są źli, ale właśnie, że dla czyjegoś dobra, dla miłości, dla nadziei, dla reszty są w stanie wiele poświęcić. Xiumin wcale nie myślał o swojej "przykrywce", przed śmiercią mówił o swoim bracie. Zrobił coś... co było złe, ale życie nie jest tylko białe i czarne. Wybrał. Wolał zabić kogoś, żeby uratować kogoś innego. Zabić, ale jednak uratować. Zawsze można było powiedzieć, że to była tylko wymówka, można było znaleźć wiele na jego obronę, ale i na jego skazanie. Jednak nawet jeśli demon miał racje, nawet jeśli pojawiała się pokusa, a ceną która trzeba było zapłacić było dokonanie czegoś złego, to czy ludzie byli źli jeśli tą pokusa było czyjeś dobro? To samo odnosiło się nawet do Chena, który myślał, że klucz jest wyjściem. Uważał, że zabicie jednej osoby uwolni cała jedenastkę. Nawet jeśli się pomylił, jeśli źle wszystko odebrał, to czy był zły? Nic w Casso nie było oczywiste i właśnie dlatego Han wiedział, że nie może się poddać i nie może ufać komuś, kto widzi w ludziach tylko zło. Nawet jeśli nie jest nieskazitelny tym bardziej musiał walczyć, żeby odkupić swoje winy, aby spełnić obietnice, którą dał Sehunowi. Dla tych wszystkich, licznych powodów uniósł trzymaną broń, wskazując nią demona. - Skoro jestem Mordercą to masz przed sobą godnego przeciwnika - wyrzucił z poważną miną, na co demon zaśmiał się tylko dźwięcznie.
            - Nie rozkręć się za bardzo - wyrzucił złośliwie. Nie musiał długo czekać na atak Lu, bo chłopak mierząc go wściekłym spojrzeniem sprawił, że grawitacja zaczęła być pod jego wpływem. Ciało mężczyzny uniosło się trochę nad ziemię i z pełnym impetem uderzyło o brzeg kamiennego ołtarza, wgniatając w niego demona. Brunet z opuszczoną głową mocno zacisnął palce na jego krawędzi. Wbił je z całych sił w ten kamień, przez co pojawiły się na nim drobne pęknięcia.
            - Dobrze... - wyszeptał niepokojąco. Nie podnosił jeszcze głowy, uśmiechając się pod nosem. - Bardzo dobrze - dodał. Pełen energii wzrok wymierzył w blondyna naprzeciw. Tym razem on podszedł do niego pewniej. Chłopak starał się bronić tym samym atakiem, ale wcale nie skutkował. Wyglądało to tak jakby demon z jego mocą radził sobie jak z za mocnym wiatrem. Po prostu był bardziej spowolniony i jego ataki wymagały więcej wysiłku, gdy bronił się w międzyczasie. Uniósł drżącą dłoń i wraz z tym gestem, jak na skinienie dyrygenta ciało Luhana uniosło się w górę, prawie pod jadeitowy sufit. Han zacisnął bezsilnie dłonie. Próbował przełamać ten atak, czując na sobie coś jak sznurki które go kontrolowały, ale na marne. Już długo był marionetką, robił to czego inni od niego oczekiwali. To obrzydliwe uczucie kontroli towarzyszące mu całe życie teraz stało się namacalne. Nie mógł wygrać z tą siłą. Czuł, że uścisk jego dłoni w której trzymał broń słabnie, jakby ktoś ją wyrywał z jego palców. Obrócił głowę, patrząc na swoją rękę. Szukał siły, żeby jednak wyłączyć ją spod jego kontroli. Nie był marionetką, już nie, mógł zastać nią tylko dla Sehuna.
            - Po co się bronisz? - zapytał, patrząc na niego w górę. - Czy to nie jest bez sensu? - Zacisnął dłoń, przez co chłopak z hukiem spadł na ziemię.
            Luhan uderzyła o nią całym swoim ciałem, czując przeraźliwy ból przechodzący przez jego ciało. Odebrało mu oddech, oraz w pewnym sensie nawet przez chwilę resztę funkcji życiowych. Wszystkie jego kończyny nawet nie drgnęły, bo poobijane kości sprawiały, że nawet oddech bolał.
            - Po co to wszystko? - zapytał demon, patrząc na niego ze smutkiem, a nawet współczuciem. Wsłuchiwał się w jego zachłanne oddechy, które brzmiały jakby dusił się pobieranym przez siebie powietrzem. Stanął przy nim, pochylając się nad jego ciałem. - Liczysz na cud? - zapytał cicho. - Myślisz... że gdy chcesz zrobić coś szlachetnego nagle będziesz silniejszy? - Przykucnął przy nim i skinął tylko palcem. Przez ten niewielki ruch bezwładne ciało chłopaka obróciło się na plecy, a on usłyszał tylko jak metalowy sztylet uderzał o podłogę.
            Blondyn nie miał już siły, do tego nad sobą poczuł znaczące, pełne rozczarowania westchnienie bruneta. To tyle? Całkiem bezsilny leżał na ziemi z pustym wzrokiem skierowanym w sufit. Nie pierwszy raz czuł taki ból i taki brak nadziei. Tak samo słaby i bezbronny już leżał na wznak, będąc pusty jak lalka bez własnej woli. Naprawdę nadal nic nie osiągnął? Jest tak samo "żałosny"? Z oczu chłopaka zaczęły płynąć łzy. Był kimś innym, lepszym i wartościowym, ciągle przypominał mu o tym właśnie Jongin. Uniósł swoją dłoń, której potłuczone palce sięgały po coś, szukały oparcia na jakimś przedmiocie. Resztkami sił chciał sięgnąć po broń, nawet jeśli w takim stanie w jego rękach była bezużyteczna.
            Jaejoong wstał odsuwając się od niego. Nie widział już nic ciekawego w tej walce, ale kiedy odwrócił się tyłem obok jego głowy świsnęło ostrze tuż przy jego policzku. Jeszcze kilka milimetrów, a przebiłoby jego głowę. Obrócił się, patrząc na Lu, który podpierała się na łokciu, uśmiechając do niego złośliwie. Ostrze na jego rozkaz wróciło znowu celując w to samo miejsce. Jaejoong w ostatniej sekundzie odwrócił głowę, gdy czubek ostrza prawie dotykał jego skóry. Zatrzymał je przed sobą, patrząc chłodnym niezmiennym wzrokiem. - Nieźle - szepnął, po czym odsunął się gwałtownie i gestem ręki machnął tak, żeby ostrze pofrunęło w stronę właściciela.
            Luhan zatrzymał je daleko od siebie z całej siły próbując odwrócić jego tor lotu. Nie miał szans w takim pojedynku jeden na jednego, ale nie było go stać na to, aby się poddać.
            Jaejoong uśmiechnął się z ekscytacją, chociaż nie lubił takich przepychanek. Uniósł drugą dłoń i skinął nią, przez co fragment stalagmitu ukruszył się i spadł w dół. Podwójny atak miał to zakończyć, ale ku niezadowoleniu demona Lu zasłonił się rękami a skała nad nim zatrzymała się w locie. Jaejoong z pełnym impetem zmusił ostrze do gwałtownego lotu, przez co z całej siły wbiło się w głaz, z taką prędkością, że jego kawałki rozbiły się na mniejsze części. Wszystkie krążyły nad głową Lu, który z trudem utrzymywał ich w tym stanie nieważkości. Sztylet nie mając oparcia spadł na podłogę za chłopakiem.
            Blondyn wstał, ciągle pełniąc kontrolę nad kawałkami głazu nad jego głową. Z przerażającym wzrokiem, niemal dorównującym demonom stał na wprost Jaejoonga. Chciał mu tym samym pokazać, że ta walka nie będzie taka łatwa.  Zamknął oczy, przez co kamienie przypominające stos małych meteorytów skierowały się z ogromną prędkością w stronę demona.
            Znowu nie zadały mu żadnych obrażeń. Jaejoong zadbał o to dzięki swoim zdolnościom. Zanim w niego uderzyły rozsypały się, ostatecznie tworząc kupki piasku, który nie był dla niego groźny. Kim otrzepał długi płaszcz z tego pyłu i niechętnie podniósł wzrok na zdeterminowanego Lu.
            - To się zaczyna robić nudne - skomentował Jaejoong. Machnął dłonią i łącznie z tym gestem Luhan poczuł jak jakaś siła chciała pchnąć go do tyłu. Uspokoił się, tak jak uczył go Sehun i patrząc na Jaejoonga odpierał atak. - Nieźle... - wyszeptał demon. Lu nie mógł tylko odpierać ataków i doskonale o tym wiedział. W tym momencie blondyn uniósł dłoń i ściana piasku, który leżał pod stopami demona stanęła między nimi zasłaniając obraz. Wtedy właśnie wykorzystując ten moment metalowe ostrze przeszło przez tą zasłonę swoim podmuchem rozsypując również uniesione w powietrze drobinki piasku. Wycelowane na oślep ostrze przebiło bok demona, z którego natychmiast trysnęła krew.
            Nie spodziewał się tego. Przerażony Jaejoong jednym ruchem dłoni rozsypał wokół otaczający go piasek. Jego dłoń natychmiast dotknęła krwawiącej rany, przez co poczuł jak między jego palcami płynie lepka ciecz. Spojrzał na swój bok i rozdarty materiał który już całkiem mokry przylegał do pokrytej krwią skóry. Tak dawno nie krwawił. Uśmiechnął się pod nosem, czując przeszywający go ból.
            Lu wpatrywał się teraz w podłogę, a dokładnie na to miejsce przy nim przy którym pojedyncze krople bordowej krwi upadały na posadzkę. Zranił poważnie demona, przez co dotarło do niego, że ta walka ma sens.
            - Dobra. Kończymy zabawę - wyrzucił, wycierając swoją zakrwawioną dłoń w materiał płaszcza. Podniósł błyszczące niepokojącym światłem oczy i znowu wyciągnął przed siebie dłoń. Lu próbował się zasłonić, ale tym razem atak był za silny. Czuł jak jakaś niewidzialna moc zaciska dłonie na jego szyi. Od razu stracił oddech, który utknął w jego gardle. Rozchylał żałośnie usta, próbując przez to pobrać trochę tlenu, niczym ryba wyrzucona na brzeg. - Jak mi się znudzisz... przyspieszę twój czas. Chcę jeszcze raz usłyszeć twoje krzyki. Ludzie pożerani przez ogień cudownie wrzeszczą - dodał monotonnym głosem Jaejoong. Lu upadł na kolana widząc jak jego obraz rozmazuje się przed oczami i chwieje jak po zejściu z karuzeli. Chłopak bezsilnie próbował odeprzeć atak swoim, ale ten odwet nie przynosił żadnych efektów. Wściekły Jaejoong podniósł wolną dłonią ubrudzony jego własną krwią sztylet. Podszedł z nim do Luhana wijącego się przed nim z bólu i swoją mocą sprawił, że chłopak wyciągnął przed siebie ręce, odwrócone wewnętrzną stroną w górę. Demon przyłożył ostrze do jego bladej skóry na nadgarstku i przeciął je razem, naprawdę głęboko. Przerażony blondyn patrzył jak jego drżące dłonie zaczynają krwawić. Nie mógł krzyczeć, nie mogąc też łapać powietrza, więc jedynie skulił głowę. To był powoli jego koniec i właśnie to było takie przerażające, a nie towarzyszący temu ból. Jaejoong odrzucił go jeszcze puszczając jego dłonie. Ciało blondyna upadło na ziemie. Zaczął łapać oddech już naprawdę będąc osłabionym. Rany na jego nadgarstkach brudziły podłogę krwią, gdy próbował się z niej podnieść. Wzrok blondyna nagle zaszedł ciemnością. Niczego nie widział, a od zbyt zachłannych wdechów szumiało mu w uszach. Jaejoong podszedł do niego z ostrzem trzymanym w dłoni. Złapał blondyna za  włosy i zbliżył własny policzek do jego. Ostrze przysunął do szyi Lu, zbliżając usta do jego ucha. Wargi demona dotykały go delikatnie, tak jak i metal jego wrażliwej skóry. Czuł, że ostrze jest niebezpiecznie blisko, gdy przełykał ślinę.
            - Poproś, żebym tego nie robił - wyszeptał przy jego uchu.
            Chłopak wiedział, że ze strachu to jedno słowo już ciśnie się na jego usta, ale ostatecznie nie był w stanie nic powiedzieć. Nie mógł już błagać, jeśli miał umrzeć, walcząc z całych swoich sił, to do końca. Nie zdążył nawet nic powiedzieć, bo ostra krawędź sztyletu przecięła skórę jego szyi. Ruch którego początkowo w ogóle nie poczuł.
            - Koniec szansy. - Brunet rzucił Luhanem jak szmacianą lalką. - Przedłużę ci trochę czas... chcę patrzeć jak wijesz się z bólu - dodał bez emocji.
            Chłopak przeniósł swoje zakrwawione dłonie na szyję, z której płynęła krew. Mocno zaciskając palce chciał zatrzymać szybki upływ krwi, ale to nic nie dało. Jak mógł tak szybko przegrać? Słyszał ich już... te głosy, które wołały go z tej piekielnej wyrwy w przestrzeni. Wszystkie nawoływały chórem, próbując zagłuszyć strzelanie ognia. Tylko jeden mówił co innego. Najcichszy z nich prosił, żeby walczył, do tego wołał go po imieniu, mówiąc je tak delikatnie, jakby było jego modlitwą. Słyszał w tym głosie tą troskę, przez co zrozumiał, że to musiał być Sehun. Zamknął zapłakane oczy, gdy Jejoong stanął nad nim, patrząc na jego wzrok i oczy, które błyszczały jeszcze życiem.
            - Powinienem chyba pokazać, że jestem bardziej humanitarny - stwierdził demon i uniósł ostrze, z zamiarem wbicia go w klatkę piersiową chłopaka, prosto w bijące serce, gdy na swojej dłoni poczuł uścisk. Wściekły Kai z całej swojej siły trzymał jego nadgarstek. Spojrzał na Lu czując, że wściekłość i ból przepełnia go do granic możliwości. Jego nogi ugięły się kiedy blondyn spojrzała na niego załzawionymi oczami, trzymając czerwone od krwi dłonie na swojej szyi. Jego Luhan umierał, a on na to pozwolił.
            - Ty dupku... - warknął, gdy demon spojrzał na niego.
            - W rzeczy samej - odpowiedział z uśmiechem Jae, po czym zamachnął się ostrzem, chcąc wycelować nim w Jongina. Okazało się to bezowocną próbą, bo sztylet przeciął tylko powietrze, a Jongin już stał za nim. - Szybki jesteś! - wyrzucił Jaejoong. Sam też już był wycieńczony przez utratę krwi. Jongin pojawiał się znikąd co jakiś czas zjawiając się w nowym miejscu. Szybko przeskakiwał, sprawiając wrażenie, że obraz wokół jest poucinany, jakby oko nie zdążyło dostrzec momentu w którym się przenosi. Stanął twarzą w twarz z Jaejoongiem, kiedy ten się tego najmniej spodziewał. Wymierzył cios w twarz demona, a ten próbując się osłonić podniósł ręce. Jego sztylet upadł na ziemię. Jongin zauważył to tak samo jak Jae. Szybkość to było coś co kochał, dawała mu wolność i to właśnie ona miała pomóc mu zwyciężyć. Sięgnął po broń zjawiając się obok niej, ale demon wykorzystał to i siłą własnej woli pchnął chłopaka tak, że ogromna siła również wbiła go w ołtarz. Jongin oparł się o niego i nie zdążył nawet uchronić się od kolejnego ataku, który wbił go w niego mocniej. Miał jednak większą przewagę nad Jaejoongiem, bo umiał zniknąć i pojawić się gdzie indziej. Mignął mu, tworząc niewyraźny obraz, po czym jak wyłoniony z mgły znowu stanął przed nim z zadziornym uśmieszkiem, pełnym kpiny. Musiał się śpieszyć, bo w końcu to on miał przewagę nad Jaejoongiem, ale to mogło nie trwać długo.
            - Jongin? - wyrzucił zaskoczony demon, jakby nie poznawał właściciela tego imienia. - Nie poznaje cię - dodał jeszcze szczerszym tonem. - Zachowujesz się tak, jakbyś miał o co walczyć, jakby... Na czymś ci zależało - zadrwił, blokując każde jego uderzenie. Brunet w ogóle go nie słuchał. Miał o co walczyć, nadal miał, bo jeśli zdążyłby zabić demona, uratowałby Lu. Wróciłby na ziemie razem z nim, z dala od Casso i z dala od tego piekła. Teraz jednak mógł tylko patrzeć jak wraz z krwią uchodzi z niego życie. Gdy tylko jego wzrok zabłądził w tamtym kierunku, mocna sił uderzyła w jego ciało tak, że jak poniżony przez grawitację upadł na kolana przed Jaejoongiem. Wszystko co obiecał i co zrobił sprowadzało się do tego momentu. Znowu zniknął i stanął za nim.
            - Mam o co walczyć - wyrzucił, ściskając dłonie. - Zawszę będę walczyć o to co kocham. Dlatego ludzie cię tak brzydzą, Jaejoong? Demony chcą tylko przetrwać, a tu w Casso widziałeś, że nie tylko o to chodzi ludziom - mówił dalej, co kilka sekund zmieniając swoje miejsce, żeby być nieuchwytnym.
            Jaejoong jęknął cicho, gdy gwałtownie się odwrócił, a jego rana sprawiła mu taki ból, że całe jego ciało przeszyło to uczucie. Ta broń miała w sobie truciznę, w tym stanie naprawdę dla niego niebezpieczną. Ten cios, który zadał mu Luhan był pierwszym gwoździem do trumny.
            - Nawet nie umiesz ochronić tego co kochasz. To mnie brzydzi w ludziach. - Złapał się za bok. - Są słabi... przez to, że na czymś im zależy. Jedno słowo osoby, którą kochają, potrafi ich doprowadzić do ruiny... - Dyszał.
            - Ty też nie obroniłeś tego, którego kochasz - wyrzucił Kai, patrząc z bliska jak wyraz twarzy demona stopniowo się zmienia z pełnego bólu i ekscytacji spojrzenia, w to z którego wylewał się gorzki żal.
            Wściekły Jaejoong uniósł dłoń w górę, a za tym ruchem metal przesunął się po podłodze. Zacisnął usta w wąską linie, rozglądając się szybko, co chwilę patrząc w nowe miejsce w którym był Kai, nie potrafiąc zranić go inaczej po prostu rozcinał na oślep powietrze wokół siebie. Baekhyun był jego największą porażką. Stojąc na placu boju i widząc na nim ślady krwi, przypominał sobie ten przerażający widok, z dnia w którym pozwolił mu odejść. Wtedy krew koloru płatków róży barwiła posadzkę tak intensywnie jak ta należąca do Luhana.
            Lu już z zamkniętymi oczami oddychał, czując się coraz lżej. Pozbywanie się obowiązku wymiany tlenu, myślenia i czucia wprowadzało go w błogi stan śmierci. Coś go jednak trzymało, bo miał powód, żeby walczyć o swoje życie. Nie mógł się poddać gdy jeszcze walczył Kai. Czuł w jego głosie tą determinacje, nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć kiedy na niego spoglądał. Jak uparte słońce, budzące wszystkich co rano i on nie pozwalał zamknąć powiek Luhanowi. Lu jednak i tak miał wrażenie, że spada tam gdzie już nic nie jest ważne. Tym była śmierć.
            - Jongin, doskonale wiesz, że ta twoja szybkość w niczym ci nie pomoże. - Z szaleńczym uśmiechem, coraz szybciej i dynamiczniej zmuszał ostrze do przemieszczania się, aż w końcu jego czubek drasnął Jongina, przecinając nim jego brzuch. Rana nie była szczególnie głęboka, ale natychmiast zaczęła poważnie krwawić. Jaejoong uśmiechnął się dumnie. - Najbardziej naiwny ze wszystkich - zakpił demon. - Przypominasz mi mnie, kiedy żyłem na ziemi - dodał całkiem obojętnie. Sztylet dalej szukał swojej krwawiącej ofiary. Szybko, szybciej, ponad limit. Znowu ta sama adrenalina buzowała w żyłach Jongina, ale tym razem prócz niej czuł jeszcze siłę i motywacje.
            - Lu... nigdy nie będzie twój. Nigdy nie będziecie razem, bo to nie jest wam pisane - wyrzucił, obojętnie rozkładając ręce. Brunet gwałtownie pojawił się jak znikąd i zdążył złapać rękojeść miecza. Coś unieruchomiło demona tak, że nie mógł się ruszyć, aż do momentu gdy przepełniony adrenaliną Jongin zbliżył się do niego.
            - Nie jesteś Bogiem, żeby o tym decydować! - wrzasnął, po czym z trudem wbił sztylet prosto w serce potwora. To uczucie, gdy miażdżył jego kości i brutalnie chciał tym kawałkiem metalu zniszczyć do końca jego martwe serce, było nie do opisania. Nareszcie problem zniknął. Nareszcie mieli być wolni. Oboje w tym momencie to poczuli. I morderca, i ofiara.
            Jongin wiedział, że wraz ze zniszczeniem Jaejoonga będą wolni, przez co dostaną to, za czym tak bardzo tęsknił. Krew demona zbrudziła już jego dłonie, ale on chciał jej więcej, dociskając przedmiot aż do rękojeści sztyletu.
            Jaejoong trzymał jego dłonie mocno, zaczynając oddychać coraz głośniej. Czuł to. Jakaś trucizna błyskawicznie rozchodziła się po jego ciele. Niszczyła je, jak ogień zwykłą kartkę papieru, obracając wszystko w popiół. Już wcześniej... czuł coś podobnego. Jego ciało po prostu wtulało się w ramiona śmierci. I znowu poczuł wolność. Z ziemią pożegnał się z uśmiechem i teraz on również pojawił się na jego twarzy. Czuł jak kajdany powoli pękają na jego nadgarstkach razem z sercem. Wszystko się rozbijało, a do jego ciała wracała ta bezsilność, ta sama ludzka słabość. Słyszał coś nad sobą. Demon spojrzał w górę, upadając na kolana. Usłyszał nad swoją głową trzepot małych skrzydeł. Widział go nad głową. Jaskrawe, błyszczące jasnym światłem motyle skrzydła wspinały się w górę po powietrzu, pokonując je, oddalając się od demona. "Baekhyun." - pomyślał demon, unosząc dłoń do tej świętości. Nie dosięgnął tych skrzydeł. Motyl odfrunął, pojawiając się tylko jak pokusa, nawet teraz będąc nieuchwytnym. Jaejoong z gorzkim uśmiechem upadł bardziej do przodu, podpierając się rękami o ziemię. Wściekły wbił palce w kamienistą posadzkę, a długie pęknięcia jak nitki pajęczyn natychmiast przeszyły ją do jadeitowych ścian, rozrywając na kawałki i je. Rozchodząca się skała zaczęła kruszeć pod wpływem jego mocy, aż w końcu jej fragmenty zaczęły się sypać.
            Pękające kawałki sypały się pod nogi słabego już Jongina. Ostatnie obrażenia zadane przez Jaejoonga sprawiły, że jego nogi były lekko sparaliżowane. Brunet szybko chciał podbiec do Lu, ale mógł tylko próbować biec, czując coś dziwnego. Jego kości wydawały się z minuty na minutę coraz bardziej poobijane, żebra jakby wsuwały się w płuca jak przy ogromnym uderzeniu, a w głowie dudnił mu ból. Jakby właśnie... z czym się zderzył. Sapiąc już z bólu podszedł do Lu i ostrożnie przy nim klęcząc pochylił się nad chłopakiem opierając ręce o jego ramiona. Te piękne, zaszklone łzami oczy spojrzały w jego stronę. Było w nich coś, czego Kai nie potrafił nazwać. Nie odbijało się w nich cierpienie, czy ból i smutek. Jak na lśniącym płótnie widział iskrzące się iskierki radości. Luhan rozchylił usta, ale zaraz zamknął je, wiedząc że nie zdoła nic powiedzieć. Jongin pomimo bólu nie drgnął, nawet jeśli wokół nich stopniowo zaczął sypać się grunt. Jego oczy zaczęły wypełniać się łzami, tak jakby mało ich już wypłynęło. Złapał jego zakrwawioną dłoń i oparł ją o swój policzek, łasząc się i łkając jak dziecko.
            - Nie zamykaj oczu... - błagał przez łzy. - Lu. Proszę... nie chce odejść bez ciebie, przecież... - zaczął, ale gdy przez jego kręgosłup przebiegł ten ból, jakby złamał się w połowie Jongin wstrzymał oddech, wyginając się mimowolnie. - Obiecałem ci, że stąd wyjdziemy! - warknął, zaciskając zęby z bólu. Luhan wziął jego dłoń kładąc sobie ją na brzuchu. Spojrzał z uśmiechem na Jongina, już praktycznie nie czując bólu, tylko senność. Jego obraz już się urywał, jakby topniał w oczach. Zmarnowała tyle czasu, nie umiejąc nazwać odpowiednio osoby, którą kocha. Przyjaciel, jego siła, jego nadzieja, jego miłość, jego wiara, jego powód by zawsze walczyć - Kai.
            Koniuszkiem palca nakreślił na jego skórze jedno słowo, przymykając już zmęczone powieki. Nie umiał już się przeciwstawiać tym głosom wołającym go do siebie i tym szponą ściągającym go w dół. Jego palec zatrzymał się już przy ostatniej literze, niezdarnie naznaczając ślad po słowie "wolność". Kai wtulił się w Luhana gwałtownie. Czym była wolność bez niego? Już nie była tym co kochał.

piątek, 17 lipca 2015

PRE CASSO: 1 dodatek


dodatek #1

          Brunet zacisnął delikatnie rękę drugiego chłopaka, tak jakby to była najcenniejsza rzecz na świecie. Patrzył na jego twarz z taką samą troską i nadzieją w oczach jak każdego dnia.
          Ta sama monotonia. Przychodził do szpitala, siadał przy jego łóżku i odliczał minuty, błagając w myślach, żeby jego chłopak otworzył tego dnia oczy. Jak bardzo by nie prosił, nie dostawał nawet znaków, że jego prośba została wysłuchana, więc z rozgoryczeniem przeklinał Boga, czy gładził jego dłoń... ostatecznie zawsze opuszczał pokój numer piętnaście z ogromnym rozczarowaniem. Baekhyun był osobą, którą nie powinno spotkać coś takiego. Siedząc w tym miejscu Chanyeol zawsze zastanawiał się czemu ci, którzy na to zasługują nie chorują, nie cierpią tak jak inni ludzię, tacy jak Byun. Chłopak zamknął oczy, czując że napływają do nich łzy. Chciał się do niego przytulić, pocałować go, ale nie mógł nic zrobić. Pokochał osobę, którą poznał trzy miesiące przed zapadnięciem chłopaka w śpiączkę. Brunet obrócił głowę znowu spoglądając na jego bladą, pogrążoną w śnie twarz.
          - Chanyeol – usłyszał za sobą głos pielęgniarki. Puścił rękę Baekhyuna i podszedł do niej. I tak wiedział, że trochę naginają dla niego zasady, bo wolontariuszom nie wolno było spędzać tyle czasu na tym oddziale. - Przyszli jego rodzice – wyszuciła wysoka kobieta, dając mu znak, aby wyszedł. Chanyeol zabrał kurtkę z krzesła, starł kilka łez spod oczu i obrócił się jeszcze, żeby delikatnie pocałować Byuna w czoło, opierając się o materac łóżka.
          - Do jutra, Baek – wyszeptał, po czym wyszedł mijając jego rodziców bez słowa. Nie byli złymi ludźmi, raczej po prostu nie mieli podobnego zdania do Chanyeola. Dla nich "dobrem" dla syna było zamknięcie go w szpitalu, a dla Chana pokazanie mu świata. Lubił gdy Baekhyun się uśmiechał na jego widok i pokazywał mu fragmenty z książek przygodowych, które uwielbiał. Opowiadał mu je z taką energią i fascynacją w oczach. Chciał przeżyć takie przyody, a Park miał mu je wszystkie pokazać, ale nie zdążył tego zrobić, gdy choroba na złość planom wygrała, przybijając chłopaka do łóżka bardziej niż jego nadopiekuńczy rodzice.
          Kobieta obróciła się patrząc zapuchniętymi od łez oczami za Chanyeolem.   
          - To ten chłopak? - zapytała pielęgniarkę czekającą na nich przy drzwiach. Wysoka kobieta spojrzała pustym wzrokiem na twarz zapłakanej matki chłopaka z oddziału, która z dnia na dzień słabła w oczach coraz bardziej, zaczynając się przekształcać w typowy symbol żałoby i wyniszczenia człowieka. Obok, zawsze jako opoka i wsparcie stał jej mąż, ale i on był przygnębiony. Pielęgniarka codziennie widywała takie obrazy, nie po raz pierwszy zetknęła się z rzeczywistością w tym miejscu. Szpital wypełniali ludzie z nadzieją, którym czasem tylko ona zostawała. Kobieta rzeczywiście wiele widywała, ale zajmujący się Baekhyunem wolontariusz, którym właśnie był Park, rozklejał jej serce z dnia na dzień coraz bardziej.
          Pierwszego dnia, gdy dowiedział się, że jego Baek zasnął i nie otworzył oczu przyszedł do szpitala i położył się obok niego, ciągle płacząc. Leżał bokiem na krawędzi łóżka, łakając przy nim jak małe dziecko. Nie reagował na prośby pielęgniarek, poźniej groźby, nic nie skutowało jeśli chodzi o te dobrowolne motody przekonywania go. Chciały być delikatne, widząc ja chłopak cierpi. Gdy zapytały go czemu to robi i jaki jest powód tego, że chce po prostu obok niego leżeć, powiedział, że chce zasnąć z nim i razem z nim się obudzić. Na prośbę pogrążonej w żalu matki ochrona po prostu wyprosiła go z sali. Dzięki pielęgniarką i wyrozumiałości rodziców Byuna chłopak jednak mógł go odzwiedzać. Wybrali mu na to specjalne godziny, żeby nie widywać Parka przy swoim synu i nie dzielić się nim gdy są na miejscu. 
          - To ten chłopak od róż? - zapytała jeszcze raz już bardziej drżącym głosem. Pielęgniarka potwierdziła skinieniem głowy. Kobieta wtedy zasłoniła usta ręką i pochyliła głowę łkając głośniej. Mąż natychmiast objął ją ramieniem, jakby bał się, że z tego płaczu jest tak słaba, że nie jest w stanie nawet zrobić kilku kroków. Spojrzała na stolik przy łóżku syna i odwróciła natychmiast wzrok widząc kolejną czerwoną różę. Chanyeol często porównywał Byuna do "Małego Księcia", więc róża była dla nich symbolem właśnie tak silnej przyjaźni jak w tej książce, ale po tym jak Baekhyun zapadł w śpiączkę, ten kwiat który Park zostawiał codziennie przy jego łóżku stał się znakiem tego, że przy nim był. Chciał chyba w ten sposób wysyłać mu sygnały, licząc, że w końcu się obudzi. 
          Kobieta z płaczem podeszła do łóżka i zawodząc głośno upadła przy nim, klęcząc przy swoim dziecku, trzymając go za dłoń z całych sił.
          - Proszę... Nie mówić temu wolontariuszowi o naszej decyzji – wyrzuciała ledwie słyszalnie, drugą ręką ścierając łzy spod oczu. - Przepraszam Baek... Wiem, że nie chciałbyś takiego życia – wybełkotała ciągle trzymając jego dłoń. Ojciec również zaczął ścierać łzy z oczu, odwracając wzrok od swojego jedynego, ukochanego syna. Zdecydowali, że powinien umrzeć godnie, więc następnego dnia została odłączona aparatura wspomagająca jego życie. Chanyeol nie przestawał przypominać o sobie Baekhyunowi i od momentu jego śmierci zostawił jeden kwiat na jego nagrobku.  Nie myślał, że tak szybko się spotkają, a tym bardziej, że zapomną o sobie, zamknięci w demonicznej grze - Casso.

piątek, 5 czerwca 2015

OSIEMNAŚCIE nowych zasad


            Zielone liście, jak ściana zasłaniały drogę, jednym nakładając się na drugi. Ich siatka wydawała się być nie do rozerwania, a nawet jeśli, to były tylko rośliny wiążące się rusztowaniem z cienkich łodyg. Wyrastały z ziemi i łączyły się w wysokie krzewy, a te z kolei w ściany, budujące korytarz. Oczywiście te rośliny miały kolce, które wydawały się rozdzierać nawet własne liście, takie były nieprzyzwoicie spore. W tych wąskich korytarzach panował lekki półmrok, jakby słońce dopiero powoli wschodziło, a Lu znalazł się na kamienistej ścieżce wczesnym rankiem. Świeże, rześkie powietrze budziło go do życia, pozwalało orzeźwić umysł. W końcu musiał być skupiony. Słowa demona nie dawały mu w najmniejszym stopniu spokoju, chyba to powodowało, że się tak stresował. Miał stanąć sam na sam do walki z największym wrogiem, tym który tak go osłabiał, w połączeniu ze swoimi myślami. Do tego jeszcze, gdy miał to uczucie, że zegar ruszył i czas sobie o nich przypomniał, bał się, że zaraz upadnie bez życia. To uczucie odliczania z drugiej strony podobało mu się, bo przez to, że znowu był pod wpływem czasu czuł się dawnym sobą, jeszcze z kompletnymi wspomnieniami. Nie. Wydawało mu się, że po tym wszystkim był silniejszy, niż kiedyś. Bez swojej naiwności umiał zobaczyć wszystko. Z takimi nowymi zdolnościami po prostu szedł przed siebie, pewny tego, że stąd wyjdzie. Miałby nie pokonać kogoś tak słabego ja on sam?
            Blondyn usłyszał przed sobą czyjeś kroki. Ten dźwięk po kamieniach był przerażającym echem w tej ciszy, tak głośnym jak tętno końskich kopyt. Zaciekawiony tym dźwiękiem przyspieszył nieznacznie. Liczył, że to wskazówka, więc podążył spokojnie długim korytarzem, aż do jego końca. Skręcił szybko. Gdziekolwiek nie sięgnął wzrokiem, otaczała go zieleń. Jak w pułapce, te wysokie mury łączyły tylko pnącza. Miał przeczucie, że nie był tam sam. Pomijając obecność porannej mgły, która wiła się przy jego stopach jak pies, był jeszcze ktoś... Szybko minął jeszcze jedno rozwidlenie, jak w nudnym filmie jeszcze raz widział ten sam obraz. Widok stawał się już monotonny. Ta sama wąska ścieżka, ciągnące się daleko, roślinne ściany i nierówna utworzona jedynie z kamieni droga. Tak w jego głowie wyglądał ten labirynt, ale tym razem coś było inaczej. Między tymi chłodnymi kolorami, na pozbawionej życia, żwirowej drodze leżały czerwone płatki róż. Wyróżniały się prawie jak krople krwi na śniegu. Lu nie odrywał od nich wzroku, idąc dalej, a swoje spojrzenie przenosił z jednego na drugi, podążając ich ścieżką. Ktoś chciał go gdzieś zaprowadzić, chyba pokazać jedną z dróg. Luhan wiedział, że może zaufać swojemu, ukrytemu przewodnikowi, więc szybkim krokiem szedł dalej. Pobiegł przed siebie, przyspieszając tempo. Jego kroki stały się pewniejsze, jakby doskonale znał drogę. Płatki były coraz rzadziej zostawiane na ostrych kamieniach, aż ostatecznie zniknęły na jakimś rozdrożu. Lu podniósł wzrok, gdy zamiast nich zobaczył przed sobą czyjeś stopy. Sunął powoli wzrokiem po stojącej przed nim sylwetce chłopaka. Od razu rozpoznała tą twarz, nawet jeśli teraz nie miała na sobie uśmiechu. Była bez wyrazu, całkiem pusta.
            - Baekhyun... - wyszeptał imię chłopaka, przyglądając mu się z lekkim przerażeniem. Jak on mógł przed nim stać? Dlaczego tutaj był? Na sztywnych nogach wykonał jeden krok w jego stronę, aby go dotknąć. Chciał przez to sprawdzić czy jest prawdziwy. Gdy tylko to zrobił, jego sylwetka zaczęła rozmywać się w powietrzu, jakby cały ten obraz był wykonany tylko i wyłącznie z dymu. Dłoń Lu dotykała tylko powietrza, a ten jego niespokojny ruch sprawił, że teraz został sam. Przed nim leżała tylko pusta łodyga róży, jedynie z kolcami, pozbawiona krwistoczerwonych płatków.
            Luhan nie musiał się długo zastanawiać, czemu Baekhyun przywiódł go właśnie tutaj. Gdy podniósł głowę zobaczył dwie ścieżki, zielone tunele z dwoma tablicami nad każdym z nich, wykonanymi z drewna. Blondyn podszedł do nich, słuchając swoich kroków, odbijających się echem wokół. Na chropowatej powierzchni drewna zobaczył wyryte litery. Jedna z tablic nosiła imię „Jongin”, druga „Sehun”. Dwie ścieżki, więc musiał wybrać jedną.


             Jongin odwrócił głowę słysząc dźwięk odbijający się echem przez te kamienne korytarze. Wszystko, łącznie ze ścianami było wykonane właśnie z kamienia. Połączone, małe kawałki skał w różnych odcieniach szarości wznosiły się aż do nieba, szarego jak i one, wyglądając tak jakby nie miały końca. Chmury nad nimi kotłowały się, mieszając niczym pyły właśnie z tych drobnych kamyczków. Wszystko sprawiało, że to wielkie więzienie wydawało się być połączone z tymi korytarzami, jakby bezpośrednio było częścią nieba, albo niebo częścią jego. Każdy krok Jongina i potrącenie któregokolwiek z tych odłamków sprawiało, że dźwięk błąkał się wokół i odbijał echem do jakiegoś miejsca, którego on sam jeszcze nie znał. Może właśnie było nim wyjście. Jak na razie droga była prosta, nie było rozwidleń, czy skrzyżowań takich jakie powinny się znajdować w labiryncie. Wokół były tylko skały i jedna dość szeroka droga prowadząca prosto. Mimo tego Kai czekał tylko na te wszystkie pułapki, które miały zatrzymać go w drodze do demona. Miał pokonać samego siebie i właśnie ten labirynt był częścią jego umysłu, jakby obrazem tego co tam się działo. Wszystko proste i jasne, jak na razie, ale pod skórą Jongin czuł, że coś go tu czeka, dlatego był całkowicie skupiony. Odwracał się gwałtownie przy każdym dźwięku i przyglądał się uważnie każdemu miejscu, w którym kątem oka widział cień. Czuł to, że nie jest tu sam. Ktoś mógł być tylko za nim i przed nim, ale to ciągłe rozglądanie się w dwie strony sprawiało, że miał już ochotę oszaleć, albo po prostu zatrzymać się przy tej ścianie i oprzeć dłoń o te chropowate kamienie. Uderzać o nie pięściami, aby znaleźć inną drogę, może szybsze wyjście na skróty. Pomiędzy dźwiękami swojego bijącego serca, które pulsowało w nim w taki sposób, że pompowaną krew czuł aż w skroniach, słyszał tylko swoje kroki, a nawet wsłuchiwał się z ulgą w ich spokojne tempo z jakim rozchodził się dźwięk. Jongin zaczął nasłuchiwać ich uważniej, kiedy echo wydawało się odbijać ten stukot podwójnie. Gdy się zatrzymał przerażony, że ta druga para kroków może nie należeć do niego dźwięk wcale nie ustał. Obrócił się gwałtownie w tył, to był taki odruch jakby strach szarpnął jego ciałem właśnie w tamtym kierunku. Nie zobaczył tam nic oprócz drogi którą miał za sobą, chociaż podobny widok rozciągał się też przed nim – kamienista droga bez końca. 
               Nie zdążył się nawet obrócić, czując czyjś dotyk na ramieniu. Chłodna lodowata dłoń zacisnęła się na nim mocno, przemaczając jego koszulkę w tym miejscu. Szybko obrócił głowę spoglądając na te sine palce, które wbijały się w jego ciało i odskoczył, zrzucając ją z siebie. 
              - Jongin... - Usłyszał głos wychodzący z ust postaci przed nim. Postaci, bo chociaż znał tego człowieka, to wyglądał on jak swoje własne widmo. Wielkie oczy były lekko przymrużone, natomiast spore usta miejscami sine, a miejscami dorównujące swoją barwą skórze. Ciemne oczy były lekko zmoczone. Wyglądał tak jak gdy widział go ostatni raz. 
            - Kyungsoo... - szepnął ze łzami w oczach, po czym przyciągnął go do siebie gwałtownie. Nie zwracał uwagi na to, że to na pewno nie on, tylko wytwór jego własnego umysły. Trzymał to chłodne ciało w swoich ramionach, przez kilka długich minut. Odsunął się w końcu i zobaczył twarz przyjaciela z tym samym pustym wzrokiem. Wyglądał jak lalka. Brunet dotknął rany na swoim brzuchu, jakby dopiero ją poczuł, również Jongin dopiero wtedy zwrócił na nią uwagę. Kyungsoo wydawał się zszokowany, a nawet wstrząśnięty, gdy odsunął od rany dłonie i na swoich palcach zobaczył ślady krwi. Te czerwone plamy sprawiły, że zaczął cały drżeć. Podniósł pełen szoku i bólu wzrok na stojącego przed nim Jongina. 
             - To... twoja wina, Kai – wyszeptał słabo, a z jego oczu zaczęły płynąć łzy. - Cholera... twoja wina – powtórzył sycząc już z bólu. To zdanie brzmiało jak mantra którą Jongin słyszał w swojej głowie ciągle i ciągle. Sam dręczył się tymi słowami, ale teraz stanął z tymi wyrzutami sumienia twarzą w twarz. Niestety musiały one przybrać właśnie taką postać. - Obiecałeś mnie chronić, pamiętasz? - wyszeptał Kyungsoo. Kai zasłonił usta ręką i odwrócił wzrok, wycofując się trochę w tył. Brunet pochylił się skręcając z bólu, gdy przytrzymał dłoń na swoim brzuchu. - Jongin... - Wyciągnął dłoń w jego stronę, po czym upadł na kolana i ponieważ nikt jej nie pochwycił, podparł się nimi, uderzając mocno o kamienie. Jego wzrok również skierował się w dół, bo głowa bezwładnie opadła bardziej do przodu. Kai podszedł do niego i uklęknął przed nim. Nawet jeśli to był tylko jego własny umysł, czuł jak jego oczy wypełniają łzy. Spływały po jego policzkach, a on jedynie żałośnie, bardziej łapczywie łapał oddech, trzymając dłoń na ramieniu Kyungsoo. Mógł go dotknąć, usłyszeć jego głos, a nawet wypowiedziane jego ustami, przepełnione gorzką prawdą słowa. 
             - Wiem, pingwinku – wyrzucił z bladym uśmiechem. - To ty obroniłeś mnie. Zawsze to robiłeś – dodał ciszej. Ciężko było mu cokolwiek wydukać, bo czuł że te słowa które miał tak starannie poukładane w głowie, teraz gotowały się pod wpływem emocji. - Już od początku dałeś mi tyle ciepła i nadziei, żeby to wytrzymać – wyjaśnił po czym znowu położył dłoń na jego głowie i przeczesał jego włosy, nadal łkając. 
             - Zabiłeś mnie... Jongin. Po tych słowach nastała istna cisza, jakby wszystko przez to się zatrzymało, łącznie z sercem Kaia. Pochylił głowę, patrząc na swoje dłonie. Również były pokryte krwią. Wróciły do niego te uczucia z dnia w którym odnalazł ciało Kyungsoo. Widząc go ponownie przed sobą znowu wydawało mu się, że spada w tę przepaść. Z tej radości i tego uczucia, że ciągle mógł na nim polegać,  zawsze miał Kyungsoo przy sobie, aż do tego gdy nagle został mu brutalnie zabrany. To był moment. Widział jak jego martwe ciało otaczała woda wymieszana z jego własną krwią. Takich widoków się nie zapomina, tak samo jak tego uczucia. 
            - Kyung... - wyszeptał słabo. Jakim cudem mógł go nie pamiętać, na pewno w końcu nic nie łączyło ich za życia, a poznał tak wspaniałego przyjaciela. Tak dobry człowiek zginął, chciał go tylko bezinteresownie bronić. Teraz, kiedy miał go przy sobie, nie chciał go oddawać, nawet jeśli to była tylko namiastka budząca jego wyrzuty sumienia. - Ty żyjesz. Zawsze ze mną. Jesteś moim aniołem prawda? 
             Brunet podniósł w końcu głowę. Ich twarze dzieliły zaledwie centymetry, co sprawiało że te wielkie oczy stały się przerażające gdy zaszły krwią. Z ust spłynęła strużka krwi, zaraz jeszcze większa gdy kąciki warg uniosły się w obłąkanym uśmieszku. - Powodzenia – wyszeptał przerażającym głosem który odbił się tylko wokół echem. Dlaczego zabrzmiało to tak cynicznie? 


             Kris przyłożył dłoń do białej jak śnieg ściany, czując pod swoimi palcami, jak przesuwa się w bok. Nie widział tego, ani nie słyszał, mógł to tylko poczuć. Wokół była tylko biel, nic więcej. Wszystkie przedmioty traciły w tym kolorze swoje kontury. Zatapiały się i po prostu znikały w tej nicości. To był dziwny widok, jakby wszystko wokół było płaską kartką papieru bez żadnych cieni. Czy można było w ogóle wydostać się z takiego miejsca? Kris mijał tylko jedną ścianę za drugą , wyczuwając jej koniec przez to gdy nagle jakaś przerwa była wyczuwalna pod jego palcami. Jego oczy już niemal chciały oszaleć od tego widoku. Czuł się dziwnie zdając sobie sprawę że właśnie tak wygląda jego umysł. Był nie do przejścia nawet przez niego samego. Nie miał pojęcia jak miał pokonać to miejsce, kiedy nawet nie widział swojej drogi. Równie dobrze mógłby posługiwać się tylko jednym zmysłem, którego używał najmniej – dotykiem, wykorzystując do współpracy swoją wyobraźnię. 
             Nie spodziewał się specjalnych dodatków podczas jego drogi, nie chciał tutaj tylko spotkać Tao. Chociaż w jednym miejscu chciałby go nie widzieć. Tak przynajmniej mówił samemu sobie, ale w głębi duszy sam wyrzucał sobie to kłamstwo. Oczywiście, że pomimo słów Jaejoonga, nawet jeśli ten próbowałby go zabić, Kris na pewno chciał mieć go przy sobie. Byłby wtedy pewien, że jest z nim bezpieczny, zawsze sam mógłby go ochronić. Kiedy był daleko i Yifan nawet go nie widział mógł jedynie próbować się stąd wydostać z nadzieją, że Tao robi to samo. Obrócił się, czując, że jedna ze ścian za nim, która chwilę wcześniej rozsunęła się wpuszczając go tu znowu się poruszyła. Zza białej jak śnieg ściany dostrzegł fragment innego koloru. Tym kolorem, a właściwie nimi była na tym białym płótnie nakreślona czyjaś sylwetka. Złowrogie spojrzenie, ciemno zarysowana linia oka, ciemne włosy, ubrany na czarno, wydawał się być wrogiem całej tej bieli. Zawsze inny, jak insekt w tym idealnie czystym i uporządkowanym umyśle Yifana – Tao. 
             - Cześć... kochanie – wyrzucił ze złośliwym uśmieszkiem. Oparł dłoń o białą ścianę i zbliżył się do niego. Kris jak zahipnotyzowany patrzył w jego oczy i to pożerające wszystko spojrzenie. Tao pchnął go na przeciwległą ścianę, zaciskając jego szyję swoim ramieniem. Przysunął swoją twarz do jego dalej uśmiechając się jak istny diabeł. - Bądź grzeczny i... - przesunął ręką i zaraz zacisnął ją na jego szyi razem z drugą, kciuki przyciskając do krtani. - Daj się zabić. - Kris złapał jego dłoń za nadgarstek wykorzystując fakt, że jest silniejszy luzował uścisk na jego szyi. Nie odrywał swojego przerażonego wzroku od kipiących złością i chorą ekscytacją oczu Tao. Nie rozumiał nigdy czemu czyjś ból sprawiał mu tyle radości. Kris szarpnął mocniej jego rękami w końcu odciągając je od swojej szyi całkiem. Gdy to zrobił jeszcze bardziej wściekły zacisnął usta i pchnął bruneta na przeciwległą ścianę przyciskając go do niej. Docisnął też do jej powierzchni jego dłonie ściskając je za nadgarstki. Patrzył w te oczy, wiedząc, że to nie ten wzrok, który naprawdę najczęściej na sobie czuł. 
            - Nie jesteś moim Tao – warknął. Ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Niedoszły napastnik oddychał głęboko, a Kris był tak blisko, że widział jak jego klatka piersiowa unosi się z każdym wdechem. Cholera. Miał go przed sobą, ale to nie był ten sam mężczyzna, którego pokochał, tylko jego maska, albo rola którą wykorzystywał, żeby zdobyć to czego chciał. 
             - No tak... - syknął obojętnie. - Wolisz „starego Tao”. Ale nawet tamten cię nie kochał! Nigdy! - wrzeszczał przed nim. - Nienawidziłem cię! Zawsze! Powinienem cię zabić dużo wcześniej, ale teraz jest idealna okazja, żeby to zrobić. Tylko mnie ranisz! Chce się od ciebie uwolnić! - krzyczał. W jego oczach i ekspresji było widać szczerość. Nie mógł kłamać. Kris zawahał się przez chwilę patrząc na niego. Jego uścisk nieznacznie złagodniał, w końcu zrezygnowany puścił jego ręce. Miał się odsunąć, ale zaraz zachłannie złapał go za policzki i wbił się w te usta, które wyrzuciły mu chwilę temu wszystkie jego winy. Brutalnie rozsunął jego wargi językiem, od razu pogłębiając pocałunek. To nie był jego Tao, ale jednak był jedną z jego twarzy. Kochał go całego, „starego” i „nowego”.
             Odsunął się, czując że ten dotyk pod jego palcami łagodnieje, jakby się od niego odsuwał. Zdążył jeszcze zobaczył właśnie to spojrzenie którym Tao go pożegnał i po prostu zniknął. 


            Folie z każdej strony były naciągnięte do granic możliwości od sufitu do podłogi przyczepione do nich z dwóch stron. Tworzyły coś na wzór ścian, które nie były do końca przeźroczyste. Nie dość, że naturalnie dość gruba warstwa tworzywa z jakiego były wykonane sama w sobie nie była całkiem przejrzysta, to jeszcze miejscami były czymś ubrudzone. To coś wyglądało jak ślady po ziemi, albo bordowe pozostałości po krwi, którą ktoś chciał tą folię zabarwić. 
            Tao mijał kolejne takie korytarze w tym lekko zaciemnionym pomieszczeniu, wsłuchując się w tle stukotów jakiegoś urządzenia. Nie znał tego dźwięku, ale turkocząca w nieskończoność maszyna była nie do zagłuszenia. Nawet nie słyszał swoich kroków, a co dopiero myśli. Zdenerwowany już prawie biegł przez kolejne korytarze tak desperacko szukając wyjścia. Niestety za każdym kolejnym pojawiał się nowy i wydawało mu się, że te płachty foli są ustawione tak, że tworzą koło, a on tylko krąży jak biedne zwierzątko tym samym torem. 
            - Cholera – syknął w końcu pochylając się i oparł dłonie na swoich kolanach. Obrócił się z tą wściekłością w oczach w stronę jednej z tych płacht i wbił palce w elastyczny materiał. W końcu przebił go i z całej siły przeciągnął w dół, rozdzierając tą folię. Powstała ogromna wyrwa od góry do dołu, przez którą po prostu przeszedł. Oddychał głęboko, jeszcze bardziej się złoszcząc gdy za tą folią pojawiła się kolejna. Cały ten labirynt przypominał wielki kokon, otoczony wieloma warstwami. Każda kolejna taka ściana odsuwała go od zewnętrznej części, po prostu od wyjścia. Postanowił ominąć wszelkie korytarze i po prostu samemu wyznaczyć sobie nową drogę, w której na pewno dostanie się do Jaejoonga. Zbliżył się do foli opierając już o nią dłoń, mając ją przebić gdy zauważył, że za jej średnio przejrzystym materiałem ktoś również wyciąga dłoń. Od tych błądzących palców, których widok sprawiał wrażenie lustrzanego odbicia dłoni Tao. Zaraz coś bardziej zaczęło napierać na folie i jego dłoń jakby została odepchnięta przez ten materiał. Widział za nią czyjąś sylwetkę. Jedynie zarys postaci, który z tej perspektywy był tylko rozmazaną czarną plamą, jedynie dłoń była jakoś wyraźniejsza. 
               - Morderca... - szepnął czyjś niski głos. Brzmiał on tak jakby jakiś przeraźliwy ptak skrzeczał nad jego uchem. Tao odsunął się od foli, gdy te dłonie zaczęły bardziej na nią napierać, jakby chciały ją przebić i się do niego dostać. 
             - Hyuang Zitao to morderca. - Usłyszał znowu to samo, jednak całkiem innym głosem i gdzieś za sobą. Rozglądał się uważnie, widząc jak po foli za nim przesuwa się jakaś dłoń. Widząc jak się przemieszcza, wiedział, że zaraz przejdzie przez wyrwę, którą sam zostawił. Przerażony na drżących nogach ruszył przed siebie, biegiem pokonując dalszą część labiryntu. Nie wiedział co to, czy kto to, ale zdawał sobie sprawę, że musi uciekać. Jego całe ciało drżało i czuł to dopiero przy każdym kolejnym wdechu. Nie słyszał całe szczęście bicia swojego serca bo zagłuszał się warkot maszyny w tle. Szybko skręcił i zatrzymał się spory kawałek dalej, łapiąc się za klatkę piersiową. Czemu coś takiego znalazło się w jego umyśle? Usłyszał jak coś uderza o podłogę i zaraz przed nim znowu widzi rząd takich ciemnych postaci, które zbliżały dłonie do foli, naciskając na nią, próbując rozerwać palcami, jednak żadne z ich gestów nie przynoszą efektu. Każdy z nich innym głosem jednak z taką samą zawziętością powtarzały to słowo: 
              - Morderca... - Tao skulił się i zakrył swoje uszy, żeby nie słyszeć tych żałosnych jęków potworów przed nim. Znał te głosy skądś. Na pewno byli to ludzie którzy za jego pomocą, albo przez jej brak pożegnali się z życiem. Słyszał tam nawet głos Laya. Tak... był mordercą. Nic nie było w stanie zagłuszyć tych słów. Krzyknął już z bezsilności, jakby chcąc chociaż przez chwilę zagłuszyć głos tych wyrzutów sumienia. 
             - To nie prawda! - wrzasnął naprzeciw nich. Podszedł do foli, która ich dzieliła i sam przebił ją swoimi palcami i zaciskając je z całych sił, rozerwał ją. - Powiedzcie mi to w twarz! - dodał odważnie czując, że cały trzęsie się ze strachu. Gdy materiał został zniszczony  i już całkiem  zniknął z pola widzenia Hyuanga okazało się,  że za nim nic nie ma. Ani jednej żywej, ani martwej duszy. 


           Luhan nie zastanawiał się długo nad wyborem, chociaż normalnie gdyby ktoś zadał mu to pytanie pewnie nie byłby w stanie odpowiedzieć. Teraz nie miał czasu na wątpliwości i szukanie wszystkich „za” i „przeciw”. Te rozrachunki musiał zostawić na później, bo nie miał tyle czasu co zwykle, chodziło teraz o jego życie. Pierwszy raz od zjawienia się tutaj naprawdę czuł, że jest ono w jego rękach i właśnie o nie walczy. To dało mu taką siłę, jakiej nigdy nie znał – zdecydowanie. 
            Droga w długim labiryncie teraz była już prosta, bez żadnych rozwidleń, bez bocznych ścieżek. Luhan czuł się wyjątkowo niespokojny idąc nią, jakby zaraz miała się skończyć, a on tylko wszedł w jakąś pułapkę. W ogóle dziwny dla niego był fakt, że z takim zdecydowaniem dokonał swojego wyboru, jakby właśnie ta konkretna droga go przyciągnęła. Jak zahipnotyzowany ruszył tą ścieżką, która nie była już kamienistym chodnikiem ale przypominała ściółkę, bo tak można było nazwać gruby dywan z suchych liści pod jego stopami, oraz jakiś przeplatających się gałązek. Słyszał ich kruszenie kiedy tylko stawiał kolejny krok. Rozglądał się wokół na razie nie wiedząc niczego co wskazywałoby na to, że chociaż trochę zbliżył się do wyjścia. Ogarniały go wątpliwości czy podjął dobrą decyzję. 
            Gdy opuścił zrezygnowany wzrok i zaraz uniósł głowę patrząc jeszcze raz przed siebie, krocząc niezmiennym tempem zauważył tą znaną mu sylwetkę. Stojący do niego tyłem chłopak na pewno był tym za kogo do miał. Te same czekoladowe włosy układały się tak idealnie nawet te krótsze kosmyki na jego karku. Szeroko rozstawione, ale kościste ramionka, wąska talia i długie smukłe nogi. To na pewno był jego Sehun. Lu wziął głęboki wdech z jakiegoś powodu czując, że stęsknił się za nim. Teraz, kiedy wszystko pamiętał, kiedy wiedział jakim człowiekiem był jego brat i jak bardzo musiał go ranić już za życia, przypomniał sobie ich wszystkie rozmowy i kłótnie oraz to jak byli sobie bliscy chociaż tak naprawdę nie łączyły ich biologiczne więzy sprawiło, że o tak wiele rzeczy chciał go zapytać. Chciał mu naprawdę wybaczyć. Chyba już to zrobił. Nie umiał, albo nie chciał pamiętać tego co się stało. Teraz był silniejszy, wiedział co jest ważniejsze i to mogła być jego jedyna okazja, żeby z nim porozmawiać. Nawet tak... W końcu Sehun nie żył, już nigdy miał się z nim nie zobaczyć. Luhan nie rozumiał tej mieszanki uczuć, które gotowały się w nim i toczyły wzajemną wojnę, jakby walczyły o to które było ważniejsze. Ta gorycz, za to co się stało ciągle w nim była, bał się go, ciągle pamiętając ten wzgardzający nim wzrok po tym wszystkim, co zrobił. Ta tęsknota, czuł ją już od dawna kiedy nie mógł przywołać ich wspólnych wspomnień, nawet jak były całkiem innego od tych które przedstawiał mu Sehun. Ta wściekłość, za to że był aż tak głupi i dał się omamić słowom takiej istoty jak Jaejoong. Ten wstyd, który czuł wiedząc, że sam był ślepy na tyle, że nie widział jego uczuć i zmartwień. Na miękkich nogach, po prostu jakby to był odruch, ruszył w jego stronę ze łzami w oczach, po prostu chcąc być bliżej. 
            - Sehun! - wrzasnął na całe gardło. Mężczyzna obrócił się i zmierzył go właśnie podobnym, pełnym nienawiści spojrzeniem. Takim samym jak tamtego wieczora, kiedy zostawił go samego na podłodze, a Luhan nie umiał nawet wstać ze wstydu i bólu który mu zadał. Przerażony zatrzymał się w jednym miejscu dość gwałtownie tracąc już ten swój zapał. Nie wiedział o co chodzi. Nadal ze łzami w oczach i sercem dudniącym w klatce piersiowej wpatrywał się w niego wyczekująco. 
            - Jeszcze raz... wybrałeś jego – warknął z odrazą szatyn, wsuwając dłonie do swoich kieszeni. Obrócił się całkiem w jego stronę. Przy tym spojrzeniu Lu czuł, że zaczyna się pod jego wpływem aż zmniejszać. Tak. Wybrał drogę z tabliczką „Jongin”. Czuł, że tak właśnie powinien zrobić, bo przy każdej jego drodze towarzyszył mu właśnie Kai. Był jak jego przewodnik, trochę jakby z jego pomocą miał się stąd wydostać. Luhan wyciągnął tylko przed siebie dłoń i miał już coś powiedzieć rozchylając usta, ale nie był w stanie. Co mógł mu powiedzieć? Że przeprasza i że nie chciał tego zrobić? Ani jedna z tych rzeczy nie była prawdą. 
           Sehun zrobił kilka kroków w jego stronę, a wyraz jego twarzy pozostawał niezmienny, tak samo chłodny i tak samo mroczny. Lu nie umiał się nawet ruszyć, nie wiedząc dalej co ma mu odpowiedzieć. 
           - W czym jest lepszy, co? - zapytał, ściskając wargi. - To ja zawsze byłem z tobą... to ze mną płakałeś i się śmiałeś! Dlaczego patrzysz na mnie inaczej? Nie umiesz mnie pokochać bardziej niż jego, co?! - wrzasnął zdenerwowany. Z jego kipiących wściekłością oczu płynęły już łzy. Zaciskał mocno dłonie, wbijając paznokcie w swoją skórę. - Tylko dlatego... że jakiś pokręcony los sprawił, że mieszkamy w jednym domu, nagle nawet na mnie nie patrzysz? Nie bierzesz mnie pod uwagę? Nie mogę być twój?! Nie możesz być mój? - Ostatnie pytanie powiedział już dużo łagodniej. Nie to chciał usłyszeć. Nie umiał mu odpowiedzieć na ani jedno z nich, po prostu czuł, a uczucia nie można opisać słowami. Jest to tak abstrakcyjne jak określenie jednoznacznie co człowiek czuje po samych jego gestach. 
            - Sehun, to nie ma z tym nic wspólnego – wyszeptał bardziej zdecydowanie niż sam się po sobie spodziewał. Oczywiście kłamał. Naprawdę nigdy nie pomyślałby, że Sehun patrzy na niego inaczej niż na przyrodniego brata, więc on sam nie patrzył na niego jak na kogoś, kogo mógłby pokochać w ten szczególny sposób i całkiem mu się oddać. Była taka osoba, ale to nie był Sehun. Jego darzył inną miłością, taka zdrowszą bez nienawiści, może nawet bardziej trwalszą, ale jednak bez pożądania. 
             - Kłamiesz sam sobie... - burknął Sehun, po czym uśmiechnął się demonicznie. Luhan poczuł, że coś przejechało wokół jego kostki, po czym otoczyło ją i zacisnęło ciasną pętle wokół. Najpierw jedną, później drugą. Spojrzał w dół przerażony, automatycznie chcąc zrobić krok do tyłu, ale przez suche gałęzie zaciśnięte na jego stopach nie mógł nimi nawet poruszyć. Stracił równowagę i upadł, ratując się tylko tym, że przytrzymał się rękami ziemi. Gdy tylko to zrobił, te korzenie oplotły się również wokół jego nadgarstków. Dopiero do tak unieruchomionego i oszołomionego Luhana podszedł Oh. - Chociaż raz możesz powiedzieć mi prawdę? - syknął, patrząc na niego z odrazą. - Przyznaj po prostu, że gdybyś miał wybrać tak jak chwilę temu... wybrałbyś jego... - wyszeptał, a wyraz jego twarzy wskazywał, że mówił to z bólem. Luhan patrzył na niego uważnie, ale zaraz opuścił wzrok. 
            - Bo go kocham, Sehun – wyszeptał. 


Tao odsunął ostatnią z foli przerywając jej materiał już resztkami sił z desperacją. Nie wiedział już jaka siła pchała go do tego, bo jego ręce automatycznie napierały na ten elastyczny materiał i rozrywały go, żeby znaleźć po swojemu swoje własne wyjście. Gdy już przeszedł też przez nią westchnął z ulgą. Pomieszczenie w jakim właśnie się zjawił było całkiem czarne i puste. Nie było tu niczego oprócz jednej stojącej naprzeciw osoby. 
- Pieprzony dupku... jesteś nawet tutaj? - zapytał zdyszany Tao na widok Krisa. Widząc go przed sobą, aż się uśmiechnął złośliwie. - A to co za próba? - Podszedł bliżej niego, wpatrując się w tą jego jak zwykle chłodną twarz w pakiecie z podejrzliwym spojrzeniem. Ten sam Kris co zwykle. Wyraźne zaróżowione usta, lekko pogłębiona górna warga, blada cera, no i dodające chłodnego charakteru rysy twarzy. Piekielnie idealny, w oczach Tao jak anioł. Nawet pasowały mu te jasne włosy, które w porównaniu z jego ciemnymi kosmykami żyjącymi własnym życiem układały się idealnie. Niby fizyczne parametry pasowały idealnie, ale jednak miał przeczucie, że to nie Kris. - Co? Mam cię zabić, czy jak? - zapytał jeszcze podchodząc do niego i kładąc dłoń na jego policzku. Pogładził go, wlepiając wzrok w jego wargi. Zawsze, kiedy na nie spoglądał miał ochotę dopasować do nich swoje. Yifan nadal pozostawał niewzruszony, kiedy ten się do niego zbliżył. Nagle sam złapał jego podbródek i musnął jego wargi zanim Hyuang zdążył cokolwiek powiedzieć. Palce Krisa wsunęły się w jego ciemne włosy, a sam Tao przez ten dotyk zadrżał, bo wstrząsnął nim zimny dreszcz. Bał się zamknąć powieki, albo poruszyć. W końcu blondyn pogłębił pocałunek, starając się nakłonić język bruneta do współpracy. Odsunął się w końcu od niego jeszcze składając na tych miękkich wargach drobny pocałunek, niczym muśnięcie skrzydeł motyla. Tao nadal stał przerażony z lekko rozchylonymi ustami. Wpatrywał się w niego całkiem zszokowany, czując, że jego policzki są czerwone, ale nie był w stanie nic zrobić, żeby ukryć jakoś ten fakt. Kris położył dłonie na jego ramionach, przyglądając się uważnie jego twarzy. 
- Tak. Ty jesteś prawdziwy – stwierdził spokojnie, po czym opuścił dłonie z jego ramion. Tao zacisnął zęby i dłonie słysząc te słowa i wpatrywał się w niego gniewnie gdy już do niego dotarły. Wymierzył jeden mocny cios w jego tors, zaraz drugi mocniejszy. 
- Debilu! Jak masz coś takiego robić następnym razem to lepiej mnie zabij! - wrzasnął. Yifan uśmiechnął się, łapiąc go za nadgarstki. Brunet szybko się nie poddawał, ciągle starając się wyrwać jego dłoń, pchając go bardziej w tył. Na jego twarzy widniał grymas, po prostu nie umiał opanować swojej złości, chociaż tak naprawdę czuł to przerażające piekące uczucie w środku. 
- Dobra... dobra. Lepiej pomyślmy jak się stąd wydostać – wyrzucił, odsuwając się nieco od niego. Brunet odsunął od razu ręce z odrazą, jakby Kris był najbardziej obrzydliwą osobą jaką spotkał. 
- Skoczę główką na ten beton, jak okaże się, że to ślepa uliczka i zostanę tu z tobą, kretynie – wyrzucił, po czym westchnął ciężko. - Czemu nic po drodze cię nie zabiło? - mruknął pod nosem, nawet jeśli gdzieś głęboko naprawdę cieszył się, że go widział a nawrót złośliwości tylko świadczył o jego lepszym humorze. 
Kris przez chwilę całkiem go ignorował, szukając jakieś podpowiedzi czy czegoś co może wskazywać wyjście. W końcu jego wzrok przykuła jedna z karteczek przyklejona do ściany. Podszedł do niej i zerwał przyczepioną do niej kartkę. Tao niemal natychmiast zjawił się za jego ramieniem tylko po to, żeby również nie zostawać w tyle i przeczytać o co dokładnie chodzi. Ktoś zostawił notatkę: „Tylko jeden może stąd wyjść żywy”. Przerażenie i gorycz jaka ogarnęła ich obu po przeczytaniu tego jednego zdania sprawiła, że powietrze już w tym pomieszczeniu stało się zabójcze, jakby unosiła się w nim trucizna. Dwie kolumny wysunęły się zaraz ze ścian z dwóch ich stron. Jak na półkach leżały na nich dwa pistolety. Te same, którymi strzelili do siebie podczas pościgu. Tao podniósł niepewny wzrok na Krisa, a ten odpłacił mu się tym samym. Oboje sięgnęli po każdy z nich jakby w obawie, że drugi będzie chciał strzelić. Mógł wyjść tylko jeden. 

niedziela, 24 maja 2015

Szept SIEDEMNASTEJ, spadającej gwiazdy

A/N: Witam! Już wstyd pisać, że długo mnie nie było i że przepraszam z tego powodu, bo to już któryś raz. No ale... zrehabilituje się i powiem już oficjalnie, że mam wszystko gotowe (już od kilku miesięcy, ale nie miałam jak dodać) i wzięłam się za dodatki, które kiedyś już obiecałam (też mam je prawie wszystkie gotowe). Będzie ich dwanaście i niestety nie będą długie, ale każdy będzie dotyczył jakieś pary, albo kogoś z Casso i ich przyszłości, albo przeszłości po tym opowiadaniu. Mam nadzieje, że wam się spodoba. + Co do reszty ff aktywnie zabrałam się za skończenie ALBUMU EXO i jestem zadowolona fabułami, które znacznie zmieniłam. Też powinny się w najbliższym czasie pojawić. 
Mam nadzieje, że się tu nie wygłuszyło. Gdyby nie to, że czytam komentarze w których piszecie, że czekacie nie wiem czy jeszcze byłabym na tym blogu. To naprawdę mnie nakręca i nie jestem w stanie zostawić pisania właśnie z tego powodu. Dziękuje wam za to. :3 Jak szybko pojawi się w ogóle jakaś odpowiedź na tą notkę z waszej strony, to od razu dodam kolejny. 



☸


               Kris pospiesznie wszedł z powrotem do sali, gdy już jej próg przekroczył spóźniony Tao. Yifan z ciężkim westchnieniem spojrzał na jego mokre, zmierzwione włosy nawet nie chcąc komentować, że były one dla niego ważniejsze niż zjawienie się w sali o ustalonej porze. Gdy ostatni uczestnik usiadł na miejscu, czyli pomiędzy Lu a Kaiem, Kris spojrzał na nich z uśmiechem. 
               - Co to za miny? - zapytał odruchowo, zauważając że każdy z nich, bez wyjątku wbija nieobecny wzrok w podłogę. - Nie jesteśmy tu po to, żeby się właśnie żegnać - mruknął pod nosem zrezygnowany. Jego wzrok zatrzymał się na Luhanie. Nigdy nie widział takiego wraku człowieka jak Lu w tamtym momencie. Z opuszczoną głową, całkowicie bez światła życia w oczach patrzył w jakiś oddalony punkt. Za to wzrok Jongina co jakiś czas uciekał w jego kierunku, jakby licząc że tamten też na niego spojrzy, ale niestety nie wywołało to takich skutków. - Gdy jest nas teraz tylko czterech musimy zrobić coś zanim Jaejoong....
             - Po co? Pozabija nas jednego po drugim, ewentualnie dla oszczędności wszystkich na raz - wyrzucił spokojnie Tao, nawet nie patrząc na Krisa, który próbował skarcić go wzrokiem. 
              - Słyszeliście kiedyś, że ci co widzą więcej, wiedzą co ich czeka? - mówił dalej Kris, odwracając z pogardą wzrok od bruneta. Jak zwykle oboje mieli całkiem inne zdanie, albo nawet to samo, tylko inaczej starali się ten problem, którego ono dotyczyło, rozwiązać. 
              - Tak? Widzę więcej, widzę jak zginę - wycedził przez zęby Tao.
              - Też to widzę. - Blondyn zmierzył go lodowatym spojrzeniem, które tym razem Huang wyłapał. - Sam cię zaraz zabiję, jak nie przestaniesz wchodzić mi w słowo - dokończył, podnosząc trochę ton głosu. Zaczesał włosy do tyłu, wzdychając ciężko. - Chodzi mi o to, że musimy znaleźć stąd wyjście, jeśli chcemy przeżyć - wrócił pospiesznie do tematu. 
                Luhan na dźwięk tych słów gwałtownie wstał ze swojego miejsca, z zaciśniętymi w pięści dłońmi.
               - Dajmy sobie lepiej z tym spokój, jak masz ciągle powtarzać to samo! - wyrzucił głośno. Tao na widok aż tak zdenerwowanego Luhana uśmiechnął się tylko złośliwie. - Wyjście jest jedno. Nikt nie wróci i wszyscy wiedzieli to od samego początku. Chcecie, to oszukujcie się do końca - dokończył już ciszej i spokojniej, po czym nerwowym krokiem ruszył w stronę drzwi. Otworzył je z hukiem i z podobnym hukiem zamknął je za sobą. Nikt się nie odezwał, Kai całkiem bez emocji spojrzał na drzwi, zostając na swoim miejscu. Normalnie poszedłby za nim z obawy, że Lu może zrobić coś głupiego, ale obiecał sobie - "nic na siłę". Po ich ostatniej kłótni musiał dać mu trochę czasu, nie naciskać, nie przepraszać, skoro nie miał o co. Przestał też szukać sposobów, żeby go zatrzymać, bo gdy ten odchodził od niego tak daleko, że nie potrafił złapać go, by został przy nim. Ściganie go stało się kompletnym bezsensem, bo krok do przodu w wykonaniu Jongina powodował, że Lu cofał się o dwa. Ta ciągła gra czekała tylko na tę chwilę, w której rozwiąże ją czas i wszystko co wcześniej wydawało się bezsensem zacznie układać się w logiczną całość, długą ścieżkę prowadzącą do momentu, który cały czas był tym celem. 
                - Kris, bez urazy... on ma całkowitą rację. Ile czasu szukamy już sposobu, żeby stąd wyjść? - zapytał znudzony Kai. - Każdy przed tobą mówił to samo, ale jak widzisz - Rozłożył szeroko ręce. - Jest nas tu tylko czwórka i wszystkie ich próby okazały się nic nie warte jak i twoje słowa. 
                - Więc co? Usiądźmy i czekajmy? A może lepiej... zabijmy się nawzajem. Taki wiesz... Wielki Finał! - wyrzucił złośliwie dokładnie akcentując ostatnie słowa. Chociaż uśmiechał się odpowiadając Jonginowi to jego oczy kipiały wściekłością, jakby cedziła się z nich czysta złość. 
                - Dobry pomysł - stwierdził Tao z entuzjazmem. - Powtórka, oficerze Wu Yifan? - dodał jeszcze gdy ten na niego spojrzał. 
               - No dobra - odparł zrezygnowany Kai. - Jaki jest twój pomysł geniuszu? 
               - Tym razem to ja wyzwę go na pojedynek. - Tao zaniemówił po raz pierwszy od bardzo dawna. Zacisnął usta w wąską linie, spoglądając na niego obolałym wzrokiem. Zaskoczony Kris nie przestawał go obserwować, czekając tylko na to aż młodszy coś powie. Brunet wstał tylko z miejsca i podszedł do niego powoli. Blondyn nie wycofał się, jakby zatrzymywało go samo jego spojrzeniem. Tao szybko uniósł dłoń i uderzył go gwałtownie w policzek, zaciskając przy tym zęby. Kris nie ruszył się, tylko otworzył szerzej oczy, jakby był zaskoczony tym co stało się dokładnie sekundę wcześniej. 
               - Zapomnij - warknął Tao, patrząc na niego zdenerwowany. Kris odruchowo złapał go za nadgarstek, jakby chcąc przez to powstrzymać kolejne uderzenie. 
               - Nie mamy wyjścia - syknął przez zęby, nieznacznie się nad nim pochylając. - Poza tym nie będę sam, zrobimy to wspólnie - dodał po chwili, spoglądając też na pogrążonego w myślach Kaia, który na dźwięk tych słów odwrócił się gwałtownie. 
               - Co?! 
               - W końcu nie ma w naszym regulaminie zakazu wezwania do walki demona przez więcej niż jedną osobę - wyrzucił spokojnie. 
                - Zapominasz tylko o tym, że to on ustala zasady i może je zmienić kiedy zechce. - Jongin nie czytał w całości wszystkich punktów regulaminu, bo ktoś kto ma nad nimi pełną władzę, wcale nie musiał przejmować się jakimiś prawami, bo wszystkie pochodziły od niego. 
               - To nasze ostatnie wyjście, ale... do was należy decyzja.


☸

               Blondyn odwrócił głowę po raz kolejny zastanawiając się czy aby na pewno Kai w ogóle słucha tego co on mówi. Z ciężkim, ale znaczącym westchnieniem wrócił wzrokiem do swojej półpełnej szklanki soku. Odkąd oboje zaczęli chodzić na uczelnię, nie mieli czasu tak po prostu rozmawiać ze sobą, a co dopiero spędzać razem czas. Luhan naprawdę za tym tęsknił, nawet jeśli jego rozmowy polegały na monologu i musiał się zastanawiać, jak rozmówca naprawdę gdzieś tam wewnątrz reaguje na to co on mówi. 
               - No, ale... skończyło się tak , że zdjąłem wszystkie ciuchy i zacząłem tańczyć na stole. - dodał beznamiętnie, ale po chwili kąciki jego ust uniosły się w złośliwym uśmieszku.
                - Co ? - zapytał głośno Kai, jakby dopiero teraz składając wysłuchaną historię w całość, która nie do końca się zgrywał. Opowieść o ostatnim wykładzie Lu miała już całkiem inne zakończenie niż mógłby się spodziewać. Blondyn otworzył szerzej oczy wreszcie patrząc w jego stronę. Luhan zaśmiał się tylko widząc jego reakcje. 
               -  Żartuje głupku - rzucił śmiejąc się pod nosem. Przysunął się, przytulając nieco głowę do jego ramienia. - Po prostu widzę, że o czymś myślisz - wytłumaczył  się, opierając ciało o niego już całkiem. Ziewnął spokojnie, po czym starł z  kącików oczu nagromadzone tam łzy. Po dłuższej chwili bez odpowiedzi na ten gest podniósł wzrok, nadal przytulając policzek do jego ramienia, unosząc przy tym podbródek. - Coś się stało? - zapytał specjalnie łagodniej, licząc że w końcu czegoś sensownego się dowie. Jongin obrócił głowę i spojrzał z uśmiechem na Lu. Rzadko się uśmiechał, szczególnie tego gestu brakowało na jego twarzy gdy przy danej sytuacji wydawał się być na miejscu. 
              - Czemu zawsze myślisz, że coś się stało? - wyminął jego pytanie własnym, na co Luhan prychnął tylko pod nosem od razu się odsuwając. 
             - Chyba widzę... - mruknął niezadowolony, po czym upił jeszcze łyk napoju. - Coś nie tak w pracy? - zapytał jeszcze raz, nie mogąc znieść tej mrocznej ciszy. 
              - W pracy właśnie coraz lepiej - odpowiedział nawet z wyczuwalną nutą entuzjazmu, przez co Luhan automatycznie się uśmiechnął. Od dwóch miesięcy Jongin pracował w nowym miejscu i przede wszystkim za większe pieniądze. W jego życiu wiele się zmieniło i chłopak ciągle parł do przodu, czemu Lu przyglądał się z dumą. Sam raczej nie miał jeszcze tyle siły, żeby być tak samodzielny. Dużo nad tym myślał i mieszkanie, praca, nauka - połączenie tego wszystkiego i samotna droga w przyszłość bez niczyjego wsparcia to dość trudne, ale dawało wiele wolności, którą Jongin tak cenił.
              - Dogadujesz się tam? - zapytał zainteresowany, szukając powodu tej jego radości. 
              - Można tak powiedzieć. - Podniósł szklankę z drinkiem, co brunet obserwował dokładnie. Przyłożył ją do ust znowu się uśmiechając. - Tak właściwie najlepiej dogaduję się z kierownikiem zmiany - dodał i upił łyk alkoholu.
                  - Serio? Musi cię doceniać - odpowiedział szybko jakby ten entuzjazm mu się udzielił. - Może da ci jakąś podwyżkę i w końcu pojedziemy razem na Bahamy? - zażartował, ale zamiast uśmiechu ze strony Jongina zobaczył tylko zaskoczony wyraz jego twarzy.
               - Czemu akurat Bahamy? - ciągnął dalej temat, pytając śmiertelnie poważnie. Przybliżył się nawet bardziej do niego z taką miną, że można było od razu wywnioskować, że nie potraktował tej wypowiedzi jak żartu.
                - A czemu nie? Dziewczyny tańczące w stanikach z kokosów cię nie cieszą? - Lu żartował dalej z tą iskierką w oku, uśmiechając się pod nosem. Blondyn odsunął tylko od niego wzrok chłodno spoglądając przed siebie. - No co? - zapytał blondyn, zauważając od razu jego dziwaczną reakcje. Znowu słysząc, a właściwie nic nie słysząc otoczony przez ciszę, spojrzał tak samo, bez emocji na bruneta, siadając do niego bokiem. Dźgał go w policzek, bawiąc się całkiem jak znudzone dziecko. Zirytowany Kai złapał w końcu jego dłoń, obracając się. 
              - Mam ugryźć? - zapytał całkiem poważnie. Blondyn otworzył szerzej oczy, gdy tylko Kai tak się do niego zbliżył. Lu patrzył na niego w ten sposób przez dłuższą chwilę nie odrywając wzroku. Dopiero gdy poczuł to ciepłe uczucie na swojej dłoni, płynące od niej aż do rumieniących się policzków, odwrócił gwałtownie głowę. 
               - Nie ignoruj mnie... po prostu - odpowiedział drżącym głosem. 
               - Nie ignoruję. Słucham cię uważnie - odpowiedział szybko, tym samym tonem co zwykle. - Chcesz jutro wpaść do mnie po pracy? - zapytał szybko Jongin, widząc że chłopak nie odpowiada przez dłuższą chwilę i nawet na niego nie patrzy. Jego zarumienione policzki dalej nie wracały do normalności. 
                - Dobra - mruknął cicho, zastanawiając się w duchu czemu jest mu aż tak gorąco. 
             Luhan zacisnął mocniej powieki, po tym gdy obraz sprzed jego oczu zniknął. Obudził się samotnie, wtulając się w poduszkę. Skulił się bardziej, bo jakby przez powracającą świadomość odchodziła od niego ta przytulna niewiedza i błogi stan w którym wszystko było obojętne. Nie umiał jednak uciec przed wspomnieniami. Doganiały go nawet we śnie, więc nawet zamykając umysł te zatajone w jego zakamarkach wspomnienia wyrywały się, aby powrócić na swoje stałe miejsce. 
             Kai. Te ciemne oczy, ten sam głos i przyjemny zapach intensywnych perfum. Lu ciągle miał jego widok przed oczami, jego uśmiech i z jakiegoś powodu czuł ten dziwny uścisk w brzuchu. Nie myślał i nie zastanawiał się czym to było, bo właśnie to „przyjemne uczucie” skupiało całą jego uwagę. Westchnął ciężko, obracając się na drugi bok. Lekko przymrużonymi oczami wodził wzrokiem po pomiętej pościeli na pustym miejscu obok. Materiał tworzył fałdy, a poduszka była pognieciona. Blondyn ułożył na niej delikatnie dłoń, po czym przesunął ostrożnie ją w dół, jakby miała sunąć po czyimś torsie. Niestety zamiast ciepłego ciała i czyjegoś bijącego serca poczuł chłodny dotyk materiału. Chciałby, żeby ktoś tu był. Ten ktoś kogo wtedy i zawsze potrzebował. Czuł to, ale tym razem jego umysł musiał to zrozumieć. 

☸

                Luhan z radosnym uśmiechem podniósł głowę, spoglądając na piękne, mieniące się lodowymi kryształkami gałęzie drzew. Lubił ten widok, może nawet wydawał mu się cenniejszy niż taka sama, mieniąca się podobnie ilość diamentów. Poprawił szalik, po czym przełączył kolejną piosenkę, wsłuchując się w jej melodie. Z jakiegoś powodu ogromnie się ekscytował, a każdy krok do przodu powodował tylko, że to uczucie się nasilało. Miał już swój mały, chytry plan, żeby poczekać na Jongina aż wyjdzie z pracy i razem pójdą do niego do mieszkania. Chciał zrobić mu niespodziankę i był ciekaw jak na to zareaguje. Przeczuwał, że na pewno się ucieszy na jego widok, więc z radosnym uśmiechem zatrzymał się przed budynkiem, stając na lekko ośnieżonych schodach. Poprawił jeszcze lekko sterczące w każdą stronę, niesforne kosmyki włosów i otulił się szczelnie szalikiem, nie wiedząc ile dokładnie będzie musiał czekać. 
              Kolejne minuty mijały, a każda z nich wydawała się dłuższa, jakby do tych sześćdziesięciu sekund ktoś doliczał ich więcej, albo nagle każda z nich zaczęła przyjmować wartość większej jednostki czasu - minuty. Luhan nałożył na głowę kaptur, czując już, że jego policzki niemal zastygły od mrozu. Obrócił się, słysząc rozmowy za sobą. Za szklanymi drzwiami zobaczył grupkę chłopaków. Nie dostrzegł wśród nich początkowo Jongina, ale gdy kilku wyszło z budynku, odsłaniając mu więcej obrazu Lu natychmiast wyłapał wzrokiem znajomą twarz Jongina. Nie był sam, stał z jakimś wysokim mężczyzną o włosach niedużo jaśniejszych od niego. Najbardziej w oczy Lu rzucał się fakt, że Kai się uśmiechał. Naprawdę wyglądał na zadowolonego. Po chwili ten wyższy chłopak podszedł do niego i złapał go w pasie, przyciągając do siebie. Kai najpierw wydawał się zaskoczony, ale zaraz się uśmiechnął. Gorzej zareagował na to oglądający to zza drzwi Luhan. Poczuł przenikającą do niego znikąd złość. I to ogromną. Zacisnął dłonie w pięści, po czym bez zastanowienia ruszył w drogę powrotną. Wszystko robił automatycznie, nie wiedząc nawet czemu czuje się tak podle. Coś pozbawiło go w sekundzie radości, a on nawet nie połączył faktów. Zdenerwowany szedł szybkim krokiem, tym samym parkiem którym tu przyszedł, jednak już nie z tak dobrym humorem. Po kilku sekundach tego marszu usłyszał swój dzwonek telefonu. Wyciągnął go niechętnie z kieszeni płaszcza i spojrzał ze złością na wyświetlacz, na którym pokazało się zdjęcie Kaia. "Czemu on w ogóle dzwoni?" - zapytał sam siebie, po czym odrzucił połączenie, przypominając sobie jak przyjaciel obściskuje się z tamtym facetem. Po chwili zatrzymał się gwałtownie, jakby w tej minucie coś stało się dla niego oczywiste. Nie miał prawa tak reagować. Po prostu kompletnie nie rozumiał swojej reakcji i tego dziwnego odczucia złości. Przygryzł wargę oddychając głębiej, po czym ponownie wyciągnął telefon z kieszeni. Wybrał ostatni numer i czekał aż Kai odbierze, wsłuchując się w monotonny dźwięk sygnału połączenia. 
                 - Czemu dzwoniłeś? - zapytał ze złością w głosie Lu, nawet nie witając się z nim tak jak robił to wcześniej, przy każdej ich rozmowie. 
                - Zapomniałeś? Mieliśmy dzisiaj spotkać się u mnie - wyrzucił zaskoczony dopiero po chwili, zastanawiając się jak ma zareagować na ten chłodny ton Lu. 
               - Nie zapomniałem - burknął blondyn, ruszając jeszcze szybciej przed siebie. - Już nie mam czasu, ani humoru, ani ochoty...
              - Zobaczyć się ze mną? - dokończył za Luhana spokojnie. Z jakiegoś powodu ta oddzywka zdenerwowała Lu jeszcze bardziej. Oddychał głęboko, próbując z każdym kolejnym wdechem ugasić to gorące uczucie w płucach, ale było tylko gorzej.
               - Tak. Nie chcę się z tobą widzieć - burknął i rozłączył się zdenerwowany. Chociaż to były jego własne słowa, to fakt, że w złości je wypowiedział bolał go może i nawet bardziej niż Kaia. Był zazdrosny i już nie znosił tego niszczącego uczucia. 

☸

               Strach, który wzbudził się w każdym z ocalałych na słowo "zebranie" był jak ostatni cios, zabijający wszystkie gnijące już nadzieje. Nie było zbrodni, więc jedyna możliwość jaka została w ich głowach to zakończenie projektu. Wszyscy już dawno stracili nadzieję, że odejdą stąd inaczej niż reszta, nie posiadali już nawet tej naiwności, żeby wierzyć w łaskawość demona. Jedyna osoba, która mogła liczyć kiedykolwiek na empatie Jaejoonga nie żyła, więc już brakowało im karty przetargowej. Każdy już widział oczami wyobraźni jak demon nagle zjawia się przy nich, żeby zakończyć to, co kiedyś go bawiło. Kurtyna musiała opaść i właśnie to zebranie przepowiadało zakończenie przedstawienia. 
               Ogromne drzwi otworzyły się po raz ostatni, a ta świadomość, że widzi się coś po raz ostatni sprawiała, że wzrok chciał zapisać w odmętach pamięci jak najwięcej szczegółów. Dlatego zdenerwowany Jongin zmierzał w stronę sali dostrzegając każdy emblemat i ozdobę będącą w zasięgu wzroku, od pozłacanych, lwich głów, które zdobiły grube drzwi, aż po pęknięcie płyty w marmurowej posadzce, jakby jej fragment był ukruszony. Z wszystkim już chciał się pożegnać, pokornie idąc za tłumem, ale tylko z jedną osobą nie umiał się rozstać. Idący przed nim przodem Luhan jako jedyny uśmiechał się szeroko, jakby dostrzegał w tej sytuacji coś pozytywnego. Tak właśnie było, bo nie myślał o tym jaki będzie koniec, ale cieszył się, że on nareszcie nadejdzie. Chociaż była to dość demotywująca prawda, to jednak nie potrafił jej zmienić. W porównaniu z Jonginem nie martwił się już niczym, przyjął to co go w jego mniemaniu czeka z pokorą i odwagą taką z jaką wcześniej zrobił to Sehun. Rozumiał wtedy jak lekkie towarzyszyło mu uczucie gdy zmierzał prosto w stronę demona, który miał zwrócić im wolność, nawet jeśli na swój sposób. 
               Gdy tylko przekroczyli próg sali, stawiając pierwsze kroki w tę ciemność, od razu usłyszeli szczęk ognia, który nagle zapłonął przy wysokich filarach z dużych, ozdobnych lamp, najprawdopodobniej wypełnionych naftą. Tak jak i pierwszego dnia bladoniebieskie, to turkusowe języki mieszały się z bielą i wyciągały w górę swoje szczerbate kolce. To ponure, bijące od nich światło, rozświetlało salę. Po raz pierwszy zza okien nie padała ani jedna łuna światła, zastygłe za horyzontem słońce w końcu całkiem zniknęło, jakby już za murami zamku nie było nic. Kris od razu dostrzegł tą ponurą zmianę, zastanawiając się czy aby demon już nie zadecydował o ich końcu, a teraz po prostu zwołał ich starając się nie wzbudzić paniki. Kiedyś możliwe, że żaden z nich nie przyszedłby do niego tak pokornie, na pewno baliby się przekroczyć próg tej sali. Tak było kiedyś, ale teraz ta obojętność i beznadzieja wypełniała ich całkiem. 
              Yifan obrócił się w bok, od razu, gdy dwa największe znicze zapłonęły z charakterystycznym dźwiękiem. Ich blask, lodowatobiały z błękitną nutką rozświetlił twarz demona. Jej wyraz przez to wydawał się jeszcze chłodniejszy, nawet w oczach obudził się ten niepokojący blask.
               - Nie sądziłem, że zjawicie się tu tak liczną grupą – zakpił, kończąc zdanie z dumnym uśmieszkiem. Założył nogę za nogę i oparł głowę o dłoń, którą trzymał na wąskim oparciu krzesła. Ciemne włosy chłopaka nie były jak zwykle perfekcyjnie ułożone, tym razem ich niesforne kosmyki sterczały w każdą stronę, jakby były specjalnie postrzępione i takie właśnie sprawiały wrażenie. Pasowały do żywych jak na demona oczu i standardowego uśmieszku. - Zostaniecie dziś sam na sam ze mną – wyszeptał prostując się i całkiem opierając plecy o oparcie. Jego luźno rozpięta zaledwie o dwa guziki, ciemno bordowa koszula odsłaniała trochę jego torsu. - Cieszycie się? - zapytał a w odpowiedzi otrzymał jedynie głuchą ciszę. To właśnie przez nią jego głos miał taki mroczny wydźwięk i atmosfera stawała się bardziej upiorna. Nikt nie miał odwagi się odezwać z goryczą i poniekąd odwagą patrząc na Jaejoonga. Mieli jedno zdanie - byli już gotowi na wszystko. 
             Demon skupił swój wzrok na jednej z osób przed sobą. Jego oczy po prostu niezmiennie były skierowane właśnie w jego stronę. Kai był pochłonięty swoimi myślami, bólem przez to, że znowu nie zdążył osiągnąć tego czego pragnął. Nie podnosił wzroku, bojąc się, że znowu zobaczy Luhana, tak blisko, na wyciągnięcie dłoni, a jednak i tak nie będzie miał prawa go dotknąć, nawet jeśli to byłby ostatni raz. Wszystkie te uczucia jak nigdy było po nim widać, najbardziej właśnie po wzroku. Jaejoong upajał się tym widokiem jak generał na wojnie obserwując upadek ostatniego bastionu wroga. 
             - Kim Jongin! - powiedział spokojnym tonem, chociaż w tej istnej ciszy tak niewielki dźwięk nabrał mocy. Chłopak podniósł niechętnie głowę z odrazą spoglądając na demona. Czuł się tak jakby został wezwany do tablicy, ale tutaj strach był większy, albo i nawet bardziej wypełniający go tą myślą o przegranej. Bierność, apatia i niemoc – to wszystko sprawiło, że bez większego zastanowienia, bez ceremonialnie podszedł do niewielkiego podestu. Zrobił kilka kroków, ale z jakiegoś powodu nie myślał, że idzie na śmierć, tylko do jego głowy wpadła myśl w ogóle nie związana z jego losem. Sam zadawał sobie te pytania. „Ciekawe jakim wzrokiem patrzy na mnie w tej chwili Luhan? Jak się czuje, widząc, że idę do Jaejoonga? Że mogę umrzeć?” Mógłby się odwrócić i odpowiedzieć sobie przez jedno spojrzenie chociaż na część tych pytań, ale nie miał tyle odwagi. Podszedł do bruneta, który błyszczącymi oczami obserwował go dokładnie. To było dość dziwne, intensywne spojrzenie, jakby widział jego emocje, a nawet cieszył się wiedząc, jak bardzo rozdarte ma serce. Ich reakcje w tym momencie były jak wielki finał, spinający klamerką całą tą drogę którą przeszli w Casso. 
             - Nie bój się – wyszeptał gdy Jongin stał przy nim. Dzieliła ich może kilkucentymetrowa odległość, ale wystarczająca, żeby słyszeli każdy swój szept. 
             - Nie mam się czego bać – wyrzucił arogancko Kai, uświadamiając sobie po tych słowach, że jest jedna osoba o którą się boi. Nawet wtedy kiedy już jego życie było mu obojętne, nie był do końca uwolniony od strachu. 
             - Dokładnie. - Brunet zmienił pozycje, siadając wygodniej na krześle. Wyprostował się, spoglądając z dumą na Kaia lekko unosząc głowę. - To ja powinienem bać się ciebie – wyrzucił, kończąc zdanie z uśmieszkiem. 
             - Nie rozumiem...
             - Czy nie obiecałeś mi, że zabijesz mnie swoimi własnymi rękami? - zapytał złośliwie demon. Od razu było widać jak złośliwie przypomina mu o tej obietnicy. Robiąc to, czuł się trochę jak człowiek pochylający się nad mrówką, szepcząc jej, że powinna go zabić, albo jak kot proszący mysz o śmierć. Z ignorancją podchodził do całej tej rozmowy. Bawiło go to jak ludzie szukają jakiś nadziei i szans, uważając, że gdy dadzą szansę przyszłości, to nagle zdobędą moc, która przekuje ich słowa w czyny. Sami niczego niczego nie robili. Nie starali się specjalnie, aby dosięgnąć tych marzeń. Właśnie gdy przypominają sobie o swoich pragnieniach szukają tej siły, dlatego powstała postać taka jak Bóg. To moc, której mogli te próby powierzyć i zrzucić z siebie to brzemię pracy nad sobą i obowiązkami. W jego oczach Jongin nie zrobił nic nowego. Pod wpływem emocji obiecał, że go zabije, ale po śmierci Kyungsoo która tak nim poruszyła było jeszcze wiele ofiar, a on się nie zgłosił. Kolejny „Nieudolny Bohater Wybawiciel”, całkiem jak Chanyeol, do którego Jae czuł taką odrazę. 
              Kai przełknął ślinę, przypominając sobie ten dzień sądu po śmierci Do. Emocje jakie nim targały przez ten czas pewnie w aktualnym stanie jego psychiki byłby mniej intensywne. Przeżył już tak dużo, że każdy kolejny cios, smutek, czy porażka znikały w liczbach kilku cyfrowych, powiększając ich wartość. Wtedy był pewny, że w końcu znajdzie siłę, żeby to zrobić, ale gdy stał przed demonem i już widział jak wygląda walka z nim, zaczął wątpić w swoje szanse. Patrzył na niego chłodno, po prostu milcząc. 
               - Nie martw się – wyrzucił po chwili Jaejoong. - Wezwałem cię, żeby zobaczyć właśnie tą minę. Nie chce walczyć – burknął. - Jesteś za słaby, żeby zawracać sobie tobą głowę. - Odwrócił wzrok z odrazą. - Najpierw pokonaj samego siebie, jak chcesz zmienić moje zdanie – syknął jeszcze, po czym machnął ręką jakby chciał tym gestem pokazać, że może, a nawet powinien odejść. 
              - Ty już przegrałeś sam ze sobą. To nie znaczy, że ja mam pokonać siebie – dodał po czym obrócił się i ruszył z powrotem w na swoje miejsce. Czuł ten sam ogień, nienawiść zjadającą go od środka. Nie odrywał ognistego spojrzenia od Jaejoonga. 
               - Huang Zitao – zawołał imię kolejnego chłopaka. Chciał z każdym z nich porozmawiać i miał swoje motywy, żeby to ronić. Musiał ich przygotować do tego co ich miało czekać. 
             Brunet bez ociągania się i bez stresu ruszył w stronę demona. Idąc w tamtym kierunku zauważył kątem oka, że Kris natychmiast wbił wściekły wzrok w Jaejoonga, jakby chciał mu przekazać, że Tao jest pod jego opieką. 
             - Zawiodłeś mnie – rzucił dość głośno brunet, zanim dumny Tao stanął naprzeciw niego. Chłopak od razu zaczął wpatrywać się w niego z zaskoczeniem wypisanym na twarzy, w ogóle nie mając pojęcia o co mu chodzi. - Myślałem, że jesteś mądrzejszy. Już dawno mógłbyś stąd wyjść z taką mocą jaką masz. Taki „cichy zabójca”. 
             - Ale nie chciałem – przerwał mu szorstko. 
             - Nie chciałeś, czy bałeś się? Który z was jest prawdziwy? Ten Tao, który płacze, chowając się za plecami Krisa, czy ten który „chce opuścić tą norę”? - zacytował go dokładnie. - W sumie... gdyby nie Kris już dawno by cię tu nie było – wyrzucił szybko, oczywiście otrzymując po tym u Tao tą reakcje, którą chciał zobaczyć. Jego ciemne oczy kipiały złością, ale on sam uśmiechał się, a nawet zaśmiał pod nosem, słysząc to co miał do powiedzenia. Doskonale wiedział, że dużo mu zawdzięcza, ale gdy wypominał mu to ktoś inny natychmiast odbierał to jako atak, nawet jeśli to była tylko prowokacja. 
             - Co ma do tego Kris? - zapytał od razu. 
             - Zawiodłeś mnie, bo kiedyś się od niego udało ci uwolnić. Byłeś silniejszy, a teraz jesteś taki sam jak kiedyś. Naiwny i słaby. Nie chciałem takiej osoby w Casso – mówił dalej, ale teraz już półszeptem. 
             - Nawet jeśli, to po co mi to mówisz? - zapytał już zdenerwowany Tao. Te słowa były prawdą. Obiecał sobie kiedyś, że nigdy nie da się ponownie zawieść Krisowi, ale i tak znowu uwierzył w jego słowa. 
             - Dla twojej informacji. Jakbyś chciał zmienić moje zdanie – dodał obojętnie, albo raczej chciał, żeby tak to wyglądało. 
             - Nie chcę – prychnął Hyuang odwracając się. - Nie obchodzi mnie twoje zdanie. 
             - Wu Yifan – zawołał demon, w końcu natrafiając wzrokiem na ciągle wpatrującego się w niego Krisa. Chłopak ominął Tao bez słowa idąc do Jaejoonga z równie sporą ciekawością. 
             - Kris... myślałem, że ciebie nie zobaczę na końcu – wyrzucił spokojnie. 
             - Po co te rozmowy z każdym z osobna? - wyminął jego pytanie własnym oczekując konkretnej odpowiedzi. 
             - To taka odprawa – odparł, uśmiechając się. - Nie bądź taki konsekwentny – mruknął. - Nie wszystko co robię musi mieć jakieś szczególne znaczenie. 
             - Nie musi, ale ma. 
             - Widzę, że dalej arogancki z ciebie dupek – dodał z uznaniem. - Większy ode mnie. - Kris nie odpowiadał na tą „pochwałę” ze strony demona, dalej szukając w jego mimice twarzy, czy gestach czegoś co przypominałoby motyw. 
             - Coś jeszcze? - zapytał dość uprzejmie co tylko sprawiło, że to zdanie zabrzmiało bardziej złośliwie. 
             - Tak. Muszę ci przyznać, że spodziewałem się z twojego pobytu w „Casso” czegoś więcej. Nie wybierałem idioty, który nic nie zauważa, a teraz... taki przede mną stoi. 
             - Czego niby nie zauważyłem? - zmrużył lekko oczy w dalszym ciągu patrząc na niego pełnym złości wzrokiem. 
              - Nie zauważyłeś, że Tao tylko czeka na moment, żeby się ciebie pozbyć – dokończył Jaejoong dość spokojnie. Odruchowo zerknął na Tao z daleka, po czym z uśmiechem wrócił wzrokiem do Yifana. Kris nie odezwał się, nawet na jego twarzy nie było widać żadnej reakcji. - Wiesz jak zmienić moje zdanie. To koniec rozmowy – mruknął demon, dając tym samym do zrozumienia, żeby już odszedł. Zasiał już w nim ziarno niepewności, którego korzenie prędzej czy później miały rozerwać więzy zaufania. 
             - Lu Han – wyrzucił ostatnie imię. Blondyn poczuł, że jego serce zaczyna bić jak oszalałe, uderzając tak, że owo bicie odczuwał nawet w gardle. Skulił się nieco i ruszył ostrożnie w stronę Kima, jakby poruszał się po lodzie. Nieśmiało spojrzał na jego twarz w dalszym ciągu, bojąc się spojrzeć w jego oczy. - Najlepsze zostawiłem na koniec – wyrzucił spokojnie, zerkając na zawstydzoną twarz blondyna. 
              - Czego chcesz? - zapytał szorstko, chociaż nawet gdy próbował „warczeć” brzmiał jak obrażone dziecko. 
              - Widzę... jakąś zmianę w twojej postawie. - Zaśmiał się gdy tylko wypowiedział te słowa. - Nie pyskowałbym tak, jakbym chciał dowiedzieć się czegoś o Sehunie. Jestem w stanie ci go oddać – dodał obojętnie monotonnym głosem, jakby to nic dla niego nie znaczyło, było czymś naprawdę łatwym. Luhan powstrzymywał radość i nadzieje. Uderzał te uczucia, które  się w nim rodziły po tej wiadomości, jakby chciał je poniżyć, upchnąć gdzieś pod rozsądek. To nie mogło być możliwe. 
             - Czego chciałabyś w zamian? - To akurat go interesowało. Zabrzmiał, jakby chciał zawrzeć z nim jakiś kontrakt, do którego podchodził dość niepewnie, chcąc poznać jego warunki. 
             - Nie zawiedź mnie i walcz – dodał, pozwalając sobie nawet na dość przyjazny ton. 
             - Czyli miałbym kogoś zabić? 
             - No tak, mnie. Ale... niekoniecznie. Wystarczy, że przestaniesz zasłaniać się innymi – dokończył, wstając ze swojego miejsca przez co od Lu dzieliło go kilka centymetrów. - Postaraj się zmienić moje zdanie – dokończył. Lu wpatrywał się z przerażeniem w jego ciemne oczy, po czym obrócił się i wrócił na swoje miejsce. Jaejoong uśmiechnął się dumnie. Wydawało mu się, że przez te rozmowy udało mu się rozgrzać w nich to zaśniedziałe uczucie nienawiści. Wystarczyło tylko trochę zatrząsnąć ich obawami, żeby obudził się od razu. Strach tylko miał zdeterminować ich do zrobienia wszystkiego czego demon oczekiwał. Krok po kroku musiały zniknąć wszystkie bariery, społeczne normy i zasady które ich blokowały, aby mogli pokazać swoje prawdziwe, niczym nie skrępowane ludzkie odruchy. 
             - Nie wezwałem was tutaj tylko po to, żeby z wami porozmawiać – wyrzucił spokojnie. - Mam niespodziankę – dodał słodkim głosem, uśmiechnął się uroczo. - Wasz zegar właśnie ruszył. Dzisiaj otrzymacie ostatnią, jedyną szansę, żeby się stąd wydostać. Otrzymacie idealną okazję aby mnie zabić. Będę czekał na końcu labiryntu. Oczywiście otrzymacie broń. To wasza ostatnia gra i możliwe, że moja też. Zasady są podobne, jeśli ktoś mnie zabije, wyjdziecie wszyscy z projektu, ale jednym z waszych największych problemów będziecie wy sami. Sukcesem będzie jeśli w ogóle ukończycie własny labirynt. Gotowi? 

☸

Jongin nałożył na głowę kaptur, po raz ostatni stając na swoim miejscu. Wszystko co właśnie miało się stać miało być walką w ich własnym poplątanym umyśle. Westchnął tylko podnosząc głowę, żeby spojrzeć na zdobione sklepienie sufitu. Wyglądał jakby odbite były na nim wszystkie konstelacje gwiazd. Kai dawno nie widział nieba. Tęsknił już za tym życiem jakie prowadził do tej pory. Prawie zapomniał jak to jest wyjść na ulicę i spotykać codziennie innych ludzi i oglądać nieznajome twarze. Tęsknił za zmianą pogody, za chłodnym deszczem, ciepłymi promieniami słońca, które wschodziło i zachodziło we własnym tempie ustalając samolubnie długość dnia. Tutaj zjadała go rutyna, nawet jeśli to było możliwe. Niestety spowszechniał tu tylko smutek i strach. Reszta innych uczuć była raczej gdzieś poza tymi murami i poza tym światem. Kai nie czuł już stresu, cieszył się, że to koniec. Początek końca. 
Jaejoong wyszedł na środek sali, narzucając wcześniej długi, skórzany płaszcz. Pierwszy raz stanął między swoimi owieczkami i jak jeden z nich zajął miejsce w tym okręgu. Stanął na znaku który już od dawna nie świecił, tym należącym do Baekhyuna. Co dziwne znak od razu się zaświecił, a nawet może zabłyszczał jaśniej niż te pozostałe, na których stali ich właściciele. Demon podniósł dumnie głowę, spoglądając na nich spod przymrużonych powiek. 
- Pasuje ustalić jakieś zasady. Wyjaśnię je wam po prostu – zaczął spokojnie. Tao nawet nie zwrócił na niego uwagi, opuszczając głowę jakby czekał na najgorsze, albo w myślach już układał jakiś plan działania. Kris jako jedyny podniósł głowę, słuchając go uważnie. - 1. Mistrzem Gry pozostaje „Bóg” Sanktuarium. 2. Każdy Gracz posiada swoje własne „piętno”, niezmienne w labiryncie. 3. Labirynt istnieje tylko dzięki wyobraźni Graczy. 4. Z pomocą labiryntu mogą przejąć nad wszystkim kontrolę i manipulować widzianym przez siebie obrazem. 5. Istnieje możliwość zabicia innego gracza. - Kris natychmiast przeniósł swój wzrok na Tao. Zastanawiał się od dłuższego czasu czy słowa Jaejoonga, te, w których przekazał mu, że Huang chce go zabić są prawdą. Nie raz tłumaczył samemu sobie, że gdyby tylko chciał zrobiłby to już dawno, mógł nawet wyzwać go na pojedynek, na nim użyć swojej mocy kontroli czasu i go zniszczyć. Nikt by się nie czepiał. Yifan ostatnio dostrzegał w nim coś, co mógłby nazwać uczuciem. Wydawało mu się, że takim właśnie „większym uczuciem” go darzył, więc zaczynał mu ufać, oddalając całkiem wszystkie obawy i starając się odbudować pomiędzy nimi silną relacje nawet bardziej niż przyjacielską. Niestety te słowa i obawy wróciły po słowach demona. Nawet jeśli były niechciane i Kris doskonale wiedział, że były prowokacją, to nie mógł pozbyć się pytania: „A jeśli?” - 6. Zabójstwo w labiryncie nie podlega karze, ani Sądom. 7. Każdy musi ukończyć swoją własną ścieżkę. 8. Podczas jej przebycia Graczy mogą pokonać ich własne obawy. 9. Zegar rusza wraz z przekroczeniem wejścia labiryntu. 10. Każdy zegar odmierza inny czas, ten który pozostał Graczom. - Tao uśmiechnął się mimowolnie. Wiedział, że może manipulować własnym czasem i akurat jego nawet szybka śmierć nie jest dla niego żadnym zagrożeniem. W tej konkurencji był od innych krok do przodu, więc nie musiał się śpieszyć podczas pokonywania labiryntu. - 11. Każde wyjście z labiryntu prowadzi do „Boga”. 12. Przekroczenie labiryntu jest jednoznaczne z wyzwaniem demona do walki. 13. Podczas gry Bóg posiada moc równą Graczom. - Luhan westchnął głęboko, jakby na dźwięk tych słów urodziła się w nim jakaś nadzieja. Miał niewielkie doświadczenia ze swoją mocą i mógł liczyć jedynie na fart. - 14. Śmierć Gracza podczas walki jest śmiercią ostateczną. 15. Śmierć Boga uwalnia wszystkich pozostałych z projektu „Casso”. 16. Do walki może przystąpić więcej niż jeden z Graczy. 17. Gracze mają możliwość zabicia Boga przy użyciu broni. 18. Nie można wycofać się z gry. To wszystko – wyrecytował niemal z pamięci z całkowitą powagą, jakby właśnie wygłaszał jakiś śmiertelnie ważny kodeks. Demon zmierzył wszystkie twarze zawodników wzrokiem. Zawsze był z kimś podczas realizowania swojego projektu, więc ten brak poklasku ze strony innych demonów nieco go zniechęcał. W końcu żaden z nich nie wiedział jakie to poświęcenie mocy i sił zorganizowanie takiego rytuału. - Jakieś pytania? - zapytał jeszcze rozkładając ręce. 
- Nie. Ale mam ci coś do powiedzenia – wyrzucił Jongin jakby tylko czekał, aż padnie właśnie to pytanie z ust demona. Mężczyzna skinął tylko głową, tym samym pozwalając mu mówić. Jongin uśmiechnął się złośliwie. - Zabije cię, Jaejoong – odpowiedział z dumą. Demon zaśmiał się dźwięcznie. Nie zaskoczyła go ta deklaracja, ale słysząc te słowa znowu obudziła się w nim wola walki. 
- Widzimy się w piekle – odpowiedział jeszcze niższym niż zwykle tonem. To co sami sobie zgotowali, rzeczywiście było piekłem.